Białowieża Turystyka
 

Oferta dla firm - Szkolenia , Konferecje, IntegracjaKwatery w Białowieży i Puszczy BiałowieskiejWycieczki
(Białowieża, Biebrza i inne)
Legendy BiałowieskiePrzewodnik Skarby BiałowieżyO NasMy w prasieKilka słów o regioniePolecane stronyKontakt

TV Białystok - film

Spotkanie z Tomaszem Lippomanem, przyrodnikiem, dziennikarzem i...
warszawiakiem rozkochanym w Podlasiu.

Film do obejrzenia: tutaj

My w prasie

Magazyn Gazety Wyborczej


Newsweek Polska

Businessman Magazine - magazyn Rzeczpospolitej



Gazeta Współczesna - Magazyn 4 lipca 2008

Gdzie licho śpi

Wędrówki. To bardzo prosty sposób na wakacje. Wystarczy wziąć książkę w rękę i ruszyć śladem podlaskich legend. Ileż niesamowitych istot można będzie spotkać po drodze! Problem jest tylko jeden: na odwiedzenie wszystkich legendarnych miejsc może nam nie starczyć urlopu.

Ze szczytu Góry Zamkowej w Drohiczynie widać zakole Bugu, białe mury katedry, a przy dobrej pogodzie nawet pałac w Korczewie! Góra Zamkowa to tajemnicze miejsce. Ponoć właśnie pod nią, w złotym grobie, spoczywa ostatni z wodzów jaćwieskich - Komata. Zaś raz na sto lat jedna ze ścian góry otwiera się i na wody Bugu wypływają łodzie pełne zbrojnych rycerzy. Pływają aż do rana, by przed wschodem słońca znów zniknąć w ciemnych czeluściach. Kiedyś jeden z rycerzy tak się zapatrzył na śliczną mieszkankę Drohiczyna, że przegapił moment zamknięcia się góry. I po dziś dzień błąka się biedak po nadbużańskich łąkach. Najłatwiej spotkać go na prawym brzegu rzeki w księżycowe, letnie noce.

Tę i wiele innych legend Tomasz Lippoman, białostoczanin, zebrał w książce "Legendy Podlasia". Powstał przewodnik po naszym regionie, jakiego jeszcze nie było. Po jego lekturze nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości: Podlasie to region zamieszkany przez duchy, rusałki, śpiących rycerzy, licha i demony. I choć mieszkańcy ci wywołują raczej uśmiech niż strach, sympatycznie poznaje się nowe miejscowości, czytając o nich niesamowite historie.

Wodnik, który nad Hańczą straszył

Istota mierząca zaledwie pół metra, ubrana na czerwono, o twarzy pomarszczonej, osłoniętej długimi, zielonymi, rozczochranymi włosami, to nie kto inny jak wodnik! I to wodnik nie byle jaki, bo z najgłębszego jeziora w Polsce: z Hańczy! Ludzie w dawnych czasach składali mu ofiary ze zwierząt. Wszystko po to, by wodnik nie podniósł poziomu wody i nie zatopił ludzkich osad. Miejscowi wierzyli, że ten wodny demon może nie tylko odebrać połów, ale także zniszczyć domy! Bali się go, i nic dziwnego. Ponoć oczy miał martwe, zupełnie bez wyrazu, rybie, wyłupiaste. Palce u nóg i rąk połączone błoną, a zęby czarne! Dziś miejscowi przyznają, że nikt od dawna wodnika nad Hańczą nie widział, ale kto go tam wie...

- Zbierałem te legendy przez wiele lat. Niektóre usłyszałem od ludzi, inne wyczytałem w przewodnikach turystycznych, są też takie, które znalazłem w pismach Zygmunta Glogera - opowiada Tomasz Lippoman, autor książki, na co dzień właściciel biura turystycznego i przewodnik. Jak sam przyznaje, kiedy oprowadza wycieczki, raczej nie opowiada turystom o legendach związanych z naszym regionem. Może dlatego, że tego typu podróżowanie nie jest jeszcze popularne w Polsce?

- A to bardzo ciekawy klucz do poznawania każdego regionu. Legendy pobudzają wyobraźnię, pozwalają wybrać się w głąb historii, poznać kulturę ludową - zachęca Lippoman. - W wielu krajach taki sposób zwiedzania jest bardzo popularny. W Anglii organizowane są tzw. ghost trip, czyli wędrówki szlakiem miejscowych legend.

O Macieju, co templariusza chciał okraść

Aby zwiedzić nasz region szlakiem legend, niejednemu turyście nie starczyłoby urlopu, tyle tu opowieści i historii z ludowej przeszłości. Ot, choćby ta o "skarbie" templariuszy pod Maciejkową Górą nad Narwią. Ponoć wiele lat temu żył tu pszczelarz Maciej. Pewnego razu na nadrzecznym wzgórzu ujrzał wspaniałego rycerza z zakonu templariuszy zakutego w zbroję. Templariusz był ranny i wkrótce zmarł. Maciej ściągnął z niego zbroję i założył ją na siebie. Z trudem wcisnął ją na siebie, zbroja była bowiem na niego za mała. Dopiął jednak ostatnie zatrzaski i w tym momencie poczuł, jak ogarnia go gorączka. Szarpał zamki i guzy, próbował rwać blachy napierśnika, nic z tego. Zbroi nie udało się zdjąć. Zasnął więc Maciej na wieki na szczycie góry, obok zmarłego templariusza. Do dzisiaj wokół wzgórza dzieją się w nocy straszne rzeczy, duchy templariusza i Macieja toczą walkę o rycerską zbroję, a ich śmiertelne krzyki niosą się wśród nadnarwiańskich łąk.

Powyższa legenda funkcjonuje ponoć do dzisiaj w świadomości mieszkańców okolic Juszkowego Grodu, leżącego około 35 km na północ od Hajnówki. Można ją też znaleźć w internecie, a czasopismo "Poznaj swój kraj" cytowało ją w 1998 r.

O kamieniu, na którym ślad ludzkiej stopy widnieje

Ciekawa legenda związana jest również z miejscowością Zajączki w gminie Juchnowiec Kościelny. W sąsiedztwie tutejszej "cudownej" kapliczki na polu leży duży kamień. Legenda mówi, że jest na nim odciśnięty ślad stopy Matki Boskiej, która dawno temu przechodziła tędy z dzieciątkiem Jezus. Kamień wygląda z daleka jak typowy głaz narzutowy, ale jeśli podejdziemy bliżej, zobaczymy, że robi niesamowite wrażenie. Leży na kamiennej platformie tak, jak gdyby był celowo wyeksponowany. Nie wiadomo, czy umieściła go tu ludzka ręka, czy to jego naturalne ułożenie. Obwód kamienia wynosi... kilkanaście metrów!

Kiedyś ślad odciśniętej stopy był bardzo dobrze widoczny, dzisiaj trudno jest już ją dostrzec. Kamień zarósł mchem, a kwaśne deszcze i erozja powoli go niszczą. Dawniej ludzie przynosili tu kwiaty, dzisiaj niewiele osób o nim pamięta. Jeszcze przed wojną ówczesny właściciel pola chciał rozbić głaz. Wbijał w niego metalowe kliny, próbując go rozłupać. Jednak kamień nie rozpadł się. Gospodarz postanowił więc rozsadzić go prochem. Wywiercił w głazie kilka otworów i wsypał w nie proch. Tym razem kamień także się nie poddał, a w dodatku zemścił się okrutnie na swym oprawcy. W pewnym momencie nastąpił niekontrolowany wybuch prochu i ogień wypalił gospodarzowi w oczy! Od tej pory nikt nie śmie ruszać głazu. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, że czasami nocą nad kamieniem widać jakieś światła i tajemnicze rozbłyski.

Krzysztof Szubzda, białostocki kabareciarz i konferansjer, kilka lat temu proponował, by także na Białystok popatrzeć przez pryzmat legend. Wydał nawet książeczkę z ich wyborem. Część to twórczość własna Szubzdy, część - zasłyszane od ludzi opowieści. Niezależnie od pochodzenia pobudzają jednak wyobraźnię. Kto nie wie, dlaczego w rzece Białej tak mało jest wody, niech zajrzy do zbioru Krzysztofa Szubzdy. Znajdzie tam też wyjaśnienie, skąd w Białymstoku wziął się śledź i odkryje tajemnice ulicy Elewatorskiej.


Autor: Anna Mierzyńska,
Źródło: Gazeta Współczesna

Kurier Poranny - 27 czerwca 2008

Utopiec "bierze" na węgorza

Postanowiłem spróbować stworzyć przewodnik, który nie tylko dostarczy informacji, ale będzie też przyjemną lekturą - mówi Tomasz Lippoman

Kurier Poranny: Skąd w dyplomowanym biologu, podróżniku i przewodniku turystycznym bierze się zamiłowanie do opowiadania baśni?

Tomasz Lippoman: Chyba mam to po ciotecznej babci, Irenie Okóń. Była typem piechura, uwielbiała chodzić po lesie. Razem spędzaliśmy wakacje. Wędrowaliśmy, a ona opowiadała mi o konopielkach, utopcach, strzygach, wodnikach, południcach. Wprowadziła mnie w ten magiczny świat, którego istnienie przeczuwamy, obcując z dziką przyrodą.

Babcia była szeptuchą, zamawiaczką czy tylko gawędziarką?

- Emerytowaną nauczycielką historii (śmiech). Nawet nie mieszkała na wsi. Pracowała w Archiwum Akt Dawnych. Po prostu lubiła i potrafiła opowiadać. Nabiła mi głowę niecodziennymi opowieściami. Z czasem szczegóły ulatywały z pamięci, ale skłonność do tego typu historii pozostała we mnie na trwałe.

Też miałem taką babkę. Moja potrafiła leczyć ziołami. Opowiadała mi takie historie, po których czasem bałem się zasnąć. Wielokrotnie miałem pokusę, żeby je spisać. Panu się udało.

- Nic straconego, zawsze można siąść i zacząć pisać. Wiem to po sobie. Nigdy nie miałem ambicji literackich. Zacząłem pisać, mając trzydzieści parę lat.

To był jakiś nagły impuls, przełomowy moment w życiu?

- Czy ja wiem? Może po prostu dużo wolnego czasu...? Wyszło tak, że nie miałem żadnych zajęć. Zastanawiałem się, co ze sobą zrobić, gdy pojawiła się szansa współpracy z "Kurierem Porannym". Resztę Pan zna: spotkaliśmy się, zacząłem przynosić teksty, które ukazywały się w czwartki w gazecie. Potem publikowałem w takim radykalnym piśmie ekologicznym "Zielone Brygady", dużo tekstów wysłałem do "Przyrody Polskiej", do tygodnika polonijnego w Australii i kilku innych pism. Z czasem tych historii nazbierało się tyle, że postanowiłem wydać je w formie książki.

Kiedy czyta się "Legendy Podlasia", można odnieść wrażenie, że jest Pan związany z tym regionem od pokoleń, że miłość do podlaskiej przyrody dostał Pan w genach. A przecież to nieprawda.

- Nie urodziłem się tutaj, ale jeżdżę po Podlasiu od wczesnych lat 80., a mieszkam od 1994 roku. Podróżuję, odprowadzam wycieczki, coraz lepiej poznaję region.

Nie żałuje Pan decyzji o pozostaniu, nie znudził się Pan Podlasiem?

- Okolica jest przepiękna. Jeżeli chodzi o krajobraz i klimat, to - w moim odczuciu - nie ma ciekawszego miejsca w Polsce. Zresztą ludzie w większości też są tu "inni" - nie chcę powiedzieć "lepsi", ale tacy, z którymi z przyjemnością się spotykam, rozmawiam, nawiązuję przyjaźnie. Trochę podobne jest moje rodzinne Mazowsze, ale Podlasie jest bardziej dzikie, bliższe pierwotnej natury. Biebrza, Puszcza Białowieska, Puszcza Knyszyńska, Podlasie nadbużańskie - to prawdziwe unikaty przyrodnicze, miejsca przepiękne, a jednocześnie niezwykle ciekawe dla miłośników przyrody.

Mówi Pan jako zawodowy przewodnik. Czy osobiście ciągle daje się Pan Podlasiu porywać, zachwycać?

- Przez kilkanaście lat z rzędu przyjeżdżałem tu raz lub dwa razy w roku jako turysta. To hobby w pewnym momencie zamieniło się w zawód, który do chwili obecnej wykonuję. To praca, ale wciąż także wielka frajda - nie mniejsza niż w czasie pierwszych wypadów.

Tę przyjemność czuje się w Pana pisaniu. Tytuł książki - "Legendy Podlasia" - jest trochę mylący: sugeruje, że jest to jakaś odmiana literatury pięknej, tymczasem mamy do czynienia z nietypowym przewodnikiem. Wykorzystując swoją wiedzę przyrodniczą i doświadczenia przewodnika, stworzył Pan legendy, które jednocześnie mogą być doskonałą pomocą w planowaniu wypadów turystycznych.

- Z racji wykonywanych zajęć muszę czytać klasyczne przewodniki. To bardzo nudne zajęcie. Zestawienia nazw i cyfr działają na mnie usypiająco. Oczywiście są to książki bardzo przydatne, gdy musimy zaplanować dokładnie trasę, określić czas, znaleźć nocleg itp. Gdy jednak mamy czas, by się odrobinę zagubić, pozwolić sobie na wędrówkę w nieznane, poczuć się częścią przyrody, klasyczny przewodnik może się wydać zbyt suchy, odarty z wszelkiego romantyzmu. Postanowiłem spróbować stworzyć przewodnik, który nie tylko dostarczy informacji, ale będzie też przyjemną lekturą. W każdym rozdziale starałem się wpleść jakiś opis niezwykłego miejsca, zasłyszaną historię, miejscową legendę. Jeszcze dalej posunąłem się w poprzedniej książce: pisząc przewodnik "Skarby Białowieży", nadałem mu formę krótkiej powieści. Wszystko po to, by zaintrygować czytelnika, sprawić mu trochę przyjemności, nie nudzić.

Taki przewodnik to "książka zbójecka": jeżeli ktoś odwiedzi opisane przez Pana miejsca, może się mocno rozczarować. Bo nie da Pan raczej gwarancji spotkania z utopcem na bagnach czy jeziorną topielicą...

- Gwarancji nie ma, ale... W wielu miejscach sugeruję, że spotkanie czegoś niezwykłego wymaga czasu. Utopiec to nie bagienny urzędnik, który przybiegnie na nasze żądanie. To stwór płochliwy, przebiegły, bardzo ostrożny. Trzeba go zanęcić, parę nocy poczekać, powyglądać przy księżycu w odpowiedniej porze i miejscu.

I zabrać ze sobą węgorza, na którego "bierze" utopiec...

- Oczywiście! I koniecznie trzeba mieć otwartą głowę, czyste serce i głód nowych doświadczeń. Kiedy czegoś bardzo się chce, nie ma rzeczy niemożliwych. Nawet utopiec może się pojawić.

Ładne żarty...

- Po części. Mówiąc zupełnie serio: nasze podróżowanie jest często takie samo jak nasze życie - pośpieszne, bez czasu na refleksję, na wyciszenie. Wpadamy gdzieś samochodem, mamy godzinę na "zaliczenie" lokalnych atrakcji i pędzimy dalej. W takich warunkach trudno liczyć na spotkanie z demonem.

Nie ma takich "atrakcji" nawet na organizowanych przez Pana wycieczkach?

- Niestety. Nie mogę pozwolić sobie na umieszczenie w programie spotkania z istotą, która z samej natury jest "nadprogramowa". Kiedy ktoś chce zobaczyć w lesie żubry czy jelenie, wyruszamy przed świtem w odpowiednie miejsce i oglądamy. Trudno byłoby namówić turystę, by kilka nocy z rzędu siedział na bagnach, nie mając gwarancji, że jakąkolwiek zjawę zobaczy.

A Pan wierzy w istnienie demonów?

- Myślę, że opowieści o nich nie wzięły się znikąd, że powstały nie tylko z potrzeby znalezienia rozrywki na długie zimowe wieczory. Zapewne wiele "niesamowitych" historii jest reakcją na niewyjaśnione, budzące ciekawość lub przerażenie zjawiska naturalne. Najbardziej znany przykład to ogniki pełgające na bagnach. Można je wytłumaczyć naukowo, ale równie dobrze można wierzyć w to, że mamy do czynienia z błąkającymi się duszami - na przykład kochanków, którzy nie mogli być ze sobą w doczesnym życiu, więc połączyli się po śmierci. Każdy interpretuje świat tak, jak chce go widzieć. A kiedy siedzi się samotnie w nocy, w środku bagna czy lasu, każdy dźwięk jest tajemniczym sygnałem, każdy krzak może przybrać kształt żywej istoty. I nikt nam nie zaręczy, że gdzieś pośród tych majaków nie przemyka prawdziwa strzyga...

Miał Pan kiedyś bezpośredni kontakt z jakąś istotą "z mgły i galarety"?

- Jeśli nie liczyć lektury Słowackiego, to raczej nie. Może za mało się starałem? A może licho nie chciało mnie dotknąć? Nie wiem. Jednak do tej pory wędrówki po Podlasiu kojarzą mi się wyłącznie z przyjemnymi przeżyciami. Nie narzekam. Wystarcza mi magia przyrody. O niesamowitościach lepiej pisać, niż ich doświadczać na własnej skórze.

Dziękuję za rozmowę.


Źródło: Kurier Poranny

Nie zwlekaj, Białowieża czeka!