Białowieża Turystyka
 

Oferta dla firm - Szkolenia , Konferecje, IntegracjaKwatery w Białowieży i Puszczy BiałowieskiejWycieczki
(Białowieża, Biebrza i inne)
Legendy BiałowieskiePrzewodnik Skarby BiałowieżyO NasMy w prasieKilka słów o regioniePolecane stronyKontakt

Przewodnik Skarby Białowieży

Spis treści

  1. Wstęp - (strona główna)
  2. Sowy, duchy, prowincja i piękna Weronika
  3. Warszawa - Jacek
  4. Puszcza Białowieska - Tajemnica Mateusza
  5. Skarby Babiej Góry
  6. Tykocin
  7. Korczew - pałac
  8. Drohiczyn
  9. Wenecja, Białowieża
  10. Puszcza Borecka - żubry
  11. Kraków, manuskrypt Al.-khairama
  12. Kusy i jego ladacznice
  13. Duchy Biebrzy
  14. Bagna Biebrzy
  15. Puszcza Knyszyńska
  16. Wyspa na jeziorze Komosa
  17. Upiorne miejsce
  18. Poszukiwacze skarbów - Bursztynowa Komnata
  19. Białowieskie miejsca mocy - geomancja
  20. Supraśl
  21. Białowieża
  22. Spotkanie w Parku Pałacowym
  23. Epilog

1. Wstęp

Dzieje Skarbu Mateusza opisałem w książce Skarby Białowieży, której nakład, od kilku miesięcy, jest wyczerpany.

Zapraszam Cię na wędrówkę po najpiękniejszych zakątkach Podlasia, wędrówkę śladem legendarnego skarbu i tajemniczej Weroniki.

Autor: Tomasz Lippoman

2. Sowy, duchy, prowincja i piękna Weronika

Z nastaniem kwietnia pogoda stała się nieco łaskawsza. Podmokłe lasy zakwitły kobiercem białych zawilców, po rowach rozchylały się płatki złotych kaczeńców. Słońce coraz częściej zaglądało w leśne ostępy, przemieniając zwały szarawego śniegu w miliony strumyków formujących małe i wielkie rozlewiska.

W Miasteczku od kilku dni mówiło się tylko o duchach. Wskaźniki pobożności osiągnęły poziom nie notowany od niepamiętnych czasów. Starzy ludzie opowiadali dawno zapomniane historie, a młodzi jak nigdy dotąd chętnie nastawiali uszu. Proboszcz rozpromienił się, widząc na niedzielnym nabożeństwie jednego z najbardziej zatwardziałych w miasteczku grzeszników. A wszystko zaczęło się od kobiety, jak wynikało z relacji mieszkańców nie podobnej do reszty dziewcząt, które deptały koślawe chodniki prowincjonalnego Miasteczka.

Weronika ukazywała się i znikała w aureoli czarnych loków spływających na alabastrowe ramiona niczym krople majowego deszczu. Młoda, zwiewna jakby z mgieł utkana i co najdziwniejsze nie poddająca się zwykłym opisom ludzkiej powierzchowności.

Nigdy jej nie widziałem. Marek, młody kościelny widywał ją na rynku, nad rzeką, a najczęściej w snach i marzeniach, które coraz bardziej zlewały się nieszczęsnemu chłopakowi w jedno.

Życie nigdy chłopca nie rozpieszczało. Urodził się w rodzinie patologicznej. Szpetnym był dzieckiem i nie wyrósł z tego. Jąkała i słabeusz. W szkole nie miał lekko. Całe życie pod górkę. Miejscowy proboszcz, człowiek starej daty, jak to mówią dobra dusza, zaopiekował się nieszczęśnikiem. Wykształcił, odkarmił, ubrał i po kilku latach miał gotowego kościelnego. Chłopak z zapałem wywiązywał się ze swoich obowiązków, wdzięczny za księżowską opiekę. Noce i dnie mijały, wszystko toczyło się utartym torem aż do chwili, gdy w miasteczku pojawiła się ona. Marek oszalał z miłości choć nigdy nawet nie rozmawiał z dziewczyną. Nie zbliżył się nawet do niej bliżej niż szerokość ulicy. Patrzył, marzył i chyba był szczęśliwy. Pierwszy raz, pierwszy raz w całym bezbarwnym życiu.

Ludzie widzieli co się dzieje. To małe miasteczko Czasem ktoś rzucił jakiś gruby żart, czasem coś przygadał, bardziej jednak nikogo to nie obchodziło.

Ot, miejscowy niedorajda zakochał się w przyjezdnej, rzecz błaha, nie wnosząca nic istotnego do życia płynącego znaną i niezmienną koleiną. Bójka na weselu, nowa kochanka burmistrza, awaria samochodu proboszcza to tematy godne powszechnej uwagi i omówienia po niedzielnym nabożeństwie.

Sprawy toczyłyby się pewnikiem swoim torem, gdyby nie zniknięcie Weroniki. Dziewczyna wyjechała, nagle i po prostu. Marek oszalał, chodził jak błędny uliczkami Miasteczka. Zaczął pić, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Potem zniknął. Nikt nie widział chłopaka przez kilka dni aż do czwartku, tego pamiętnego czwartku, gdy znalazła go gospodyni księdza, pełniąca doraźnie obowiązki kościelnego. Marek wisiał na belce w wieży kościoła. Chłopak był siny, dawał jednak ślady życia. Gospodyni, zażywna niewiasta, wykazała się niepospolitą przytomnością umysłu. Z pomocą tego samego taboretu, który posłużył Markowi za szafot, wyplątała chłopca ze śmiertelnej pętli. Ułożywszy go na posadzce, pognała, by wezwać pogotowie, które pojawiło się błyskawicznie przy kościelnej bramie. Szczęśliwie dla Marka w Miasteczku znajdowała się dość nowoczesna przychodnia dysponująca nawet i karetką, a tego dnia lekarze nie mieli innych wezwań. Był post. Niedoszłego samobójcę przewieziono do szpitala w mieście wojewódzkim, gdzie, jak się dowiedziałem, powracał niespiesznie do świata żywych.

Ludzie gadali, jak to ludzie w takich przypadkach. Proboszcz na kazaniu potępił samobójstwo, wspominając jednak o potędze miłości i kruchości ludzkiego charakteru. W pierwszą środę po wieszaniu się Marka - Wacław - mistrz piekarski, wracając nad ranem z roboty w lokalnej piekarni, usłyszał diabelski chichot z kościelnej wieży. To był ten pierwszy raz, lecz niestety nie ostatni. Następnej kwietniowej nocy Wojciech - syn kowala, pracownik magistratu, całkowicie będąc trzeźwym i w przytomności umysłu ponownie dosłyszał czarci rechot z wieży zabytkowego kościoła. Potem byli następni, w tym także ludzie poważni, powszechnie szanowani i nadużywający alkoholu tylko przy wyraźnie właściwych okazjach. Był post a diabeł na kościelnej wieży dokazywał...

Dotarłem do Miasteczka. cztery dni po odcięciu Marka z wisielczego sznura. Pojawiłem się przejazdem i w zasadzie całkiem przypadkowo. Czyż jednak przypadek rządzi naszymi krokami? Wstąpiłem do miejscowego baru wiedziony pragnieniem. Przy pierwszym kuflu piwa bez żadnej inicjatywy własnej uraczono mnie miejscową sensacją. Słuchałem, słuchałem i coraz bardziej dojrzewało we mnie przekonanie, że diabeł nie taki straszny jak go malują. Z drugiej jednak strony zaczęły same nasuwać się przedziwne skojarzenia. Zaledwie kilkanaście dni temu rozmawiałem o Weronice z Jackiem. Tamta historia wciąż spędzała sen z powiek i rozpalała wyobraźnię.

Nie bez przyjemności dotrwałem w barze do zmierzchu. Wędrowałem wąskimi uliczkami kresowego miasteczka w złocistej poświacie księżyca, światem przepojonym magicznym spokojem zmierzchu. Ani pies, ani ptak, ani żadne inne zwierzę nie odważyło się zmącić swym głosem tej jedynej, niepowtarzalnej chwili z pogranicza sił jasności i mroku. Rynek, na co dzień koślawy i marny, w miękkiej poświacie ulicznych latarń przedstawiał się nader powabnie. Ławki na skwerku porośniętym klonami i lipami zachęcały do odpoczynku. Wybrałem tę najbliższą wieży kościelnej. Skręciłem papierosa. Zapaliłem. Mijały minuty wczesnowiosennego, ciepłego wieczoru. Rogalik księżyca zawisł nad ciemną bryłą ruin dawnego klasztoru.

Z wieży kościoła dobiegł mnie wisielczy chichot. Cisza. Chrapanie dziecka i znów cisza. Nie miałem już żadnych wątpliwości. Na kościelnej wierzy osiedliły się sowy płomykówki. Jeszcze chwila oczekiwania i w bladym świetle ulicznych latarń ujrzałem piękną sylwetkę sowy o wyraźnie zaokrąglonych skrzydłach. Zanim nacieszyłem się ulotną chwilą, ptak zniknął w ciemnościach, oddalając się miarowym bezgłośnym lotem.

W upierzeniu płomykówki, która dorównuje wielkością wronie, przeważają kolory żółty, brązowy i szary ożywione pomarańczowymi i niebieskimi płomykami. Czarne oczy sowy otacza szlara z piór w kształcie serca, nadająca jej dość niesamowity wygląd. Anglosasi wymyślili dla płomykówki wiele imion: sowa z małpią twarzą, sowa duch, kościelna sowa i... sowa śmierć. W Polsce to po prostu płomykówka. Mimo że sowy dość często gnieżdżą się w pobliżu ludzkich zabudowań, nawet bezpośrednio w ciemnych poddaszach, czy też na wieżach kościelnych, zawsze były dla ludu zwierzętami o tajemniczej naturze i niezwykłych - w stosunku do innych ptaków - zwyczajach. Nocny bezgłośny lot, życie w pojedynkę, niezwykłe, niekiedy przerażające dla ludzi głosy od zawsze wiązały sowę z czymś mrocznym, groźnym, a nawet demonicznym. Największe wrażenie przy spotkaniu z sową robią jej oczy. Duże, błyszczące w nocnym oświetleniu, patrzące na wprost, nadają jej niemal ludzki wygląd. Pohukiwania sów słyszane w ciemności kojarzono zazwyczaj ze zwiastowaniem śmierci lub głosem diabła poszukującego ludzkich dusz. W dawnej Polsce uważano nawet sowę za pół -diabła, pół - ptaka. Wierzono także, że w postać sowy wciela się czarownica.

Sowa przysiadająca na czyimś domu uważana była często za zwiastuna niechybnej śmierci któregoś z domowników.

Noc była wyjątkowo ciepła jak na połowę kwietnia. Zanim słońce oświetliło najniższe konary lip i klonów, sowa kilkakrotnie powracała do kościelnej wieży, niosąc w szponach żer dla potomstwa.

Obserwując kolejne wycieczki rodziców na okoliczne pola i łąki, rozmyślałem o Weronice. Czy cokolwiek łączy te dwie dziewczyny?

Weronika, studentka, która zaginęła bez wieści w trakcie odkopywania Skarbu Mateusza, miałaby wszak dziś prawie 40 lat. Z opisu mieszkańców wynikało jednak, że była młoda, mogła liczyć sobie nie więcej niż dwadzieścia kilka wiosen. Zdrowy rozsądek buntował się przed łączeniem ze sobą tych dwóch odległych w czasie spraw. Z drugiej jednak strony jakiś szósty zmysł podpowiadał, że pierwszy raz w życiu zetknąłem się z czymś naprawdę niesamowitym.

Przez lekko zaznaczone zielenią pąków korony lip i klonów porastających skwer, spływał do miasteczka nowy wiosenny dzień. Wróble, szpaki i gawrony wypełniły rynek koncertem bez partytury pełnym ćwierknięć, krakania i szpaczych syków przeplatanych łobuzerskimi pogwizdywaniami. Dzień mocował się z nocą. Gdy nad wschodnią pierzeję rynku nadciągnęła różowa łuna poranka, w zakamarkach lilipuciego parku, w głębokich cieniach, wciąż ukrywały się wspomnienia gwiazd, atramentowego nieba i księżycowego rogala. Płomykówka odpoczywała w wieży kościoła po nocnych łowach.

Spis treści

3. Warszawa - Jacek

Kilka dni później nadarzyła się okazja wyjazdu do Warszawy. W strugach deszczu dotarłem na ulicę Koszykową. Zanim przebrzmiało pukanie do drzwi oznaczonych numerem 44 w progu stanął Jacek.

- Wróciłeś, wiedziałem, że wrócisz.
- Chcę odszukać Weronikę, pomożesz mi?
- Nie uda ci się.
- Dlaczego?

Nic nie odpowiedział. Powlókł się w głąb korytarza i ponownie stanęliśmy pośrodku jego celi. Pod ścianą stało kilka butelek po wódce. Na drewnianym stoliku walały się resztki chleba i zjełczałego sera. Jacek zniknął w kuchni, by powrócić po chwili ze staromodnym albumem fotograficznym. Wyciągnął jedno ze zdjęć i podał mi bez słowa.

Czarno-biała fotografia przedstawiała młodą dziewczynę stojącą nad brzegiem zarośniętego trzciną i tatarakiem lilipuciego stawu. Kobieta wyglądała na dwadzieścia parę lat. Przyglądając się jej wizerunkowi, zrozumiałem o czym mówili ludzie, którzy mieli szczęście zetknąć się z Weroniką. Jest wiele rodzajów piękna. Weronika odznaczała się jednak urodą nie dającą się zakwalifikować do żadnej kategorii, jakimi posługujemy się, by opisać kobiecą urodę. Piękno dziewczyny wykraczało poza jej cielesność, otaczało ją na kształt aureoli, było rodzajem przedziwnej energii, która niosła w sobie pierwiastek przekraczający granice czasu i cielesności.

Stałem zauroczony, nie mogąc oderwać wzroku od małego kawałka papieru, który zdawał się promieniować energią przywodzącą skojarzenia z czymś najpierwszym, ze stworzeniem wszechświata. Kątem oka dojrzałem spojrzenie Jacka. Uśmiechał się. Pierwszy raz odkąd się poznaliśmy.

Następnego dnia rano stanąłem przed masywnymi drzwiami szpitala klinicznego w Białymstoku. Od przełożonej pielęgniarek na oddziale ortopedii dowiedziałem się, że Marka przeniesiono wczoraj, po odzyskaniu przytomności, do sali 241. W pokoju było trzech mężczyzn. Marek, najmłodszy, siedział na skraju łóżka w kołnierzu ortopedycznym, spoglądając martwym wzrokiem w stronę okna. Bez słowa podsunąłem mu przed oczy zdjęcie. Oczy chłopca zapłonęły. Wyciągnął kościstą dłoń w stronę fotografii. Wąskie usta chłopca wyszeptały niemal bezgłośnie - Weronika.

Najbliższym PKS-em udałem się do Miasteczka. Droga od przystanku do kościelnej plebanii, liczy nie więcej niż 200 metrów. Mnie jednak pokonanie tego dystansu zajęło całą wieczność. Wtedy bowiem odkryłem, że ścieżka, którą los mi wyznaczył, zburzy bezpowrotnie cały mój racjonalny i jakoś poukładany świat.

W drzwiach budynku ukazała się chuda kobieta z haczykowatym nosem, lat około 45. Powitała mnie cichym, nieco zachrypniętym, lecz śpiewnym głosem i poinformowała, że księdza nie ma w domu, gdyż wyjechał udzielić jakiemuś nieszczęśnikowi "ostatniego" namaszczenia. Udałem się wprost do baru, by przy kufelku jeszcze raz przemyśleć cała sprawę. Piwo było przyjemnie chłodne i całkiem świeże, co zwykle sprzyja rozważaniu spraw ważnych i wymagających głębszego namysłu. Siedziałem przy koślawym stoliku, sącząc złocisty płyn. Im dłużej przebywałem w barze, tym bardziej czułem się jak przed wizytą u dentysty. Minęły dwie, a może i trzy godziny, zanim udałem się w drogę powrotną ku plebanii. Tym razem drzwi otworzył sam proboszcz. Mężczyzna mógł liczyć sobie nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Życzliwy uśmiech i jasne, śmiejące się oczy plebana pozwoliły szybko zapomnieć o wcześniejszych obawach i niemal od progu rozpocząć wyłuszczanie sprawy. Opowiedziałem pokrótce o swoich dotychczasowych ustaleniach i podzieliłem się wątpliwościami natury, rzekłbym, mistycznej. Ku mojemu zdziwieniu ksiądz nie wydawał się tym wszystkim zaskoczony.

- Próbowałem rozmawiać z Weroniką. Tylko się uśmiechnęła. Nie udało mi się zamienić z dziewczyną ani jednego słowa. Pomyślałem nawet, że może jest ona niemową. O ile wiem, nikt z miasteczka z nią nie rozmawiał. Najdziwniejsze jednak jest to, że nie wiadomo, gdzie Weronika mieszkała, pomimo że spędziła tu około dwóch tygodni.

Spis treści

4. Puszcza Białowieska - Tajemnica Mateusza

Babia Góra rozłożyła się przed wiekami na żyznym puszczańskim pagórku. Każdej zimy ubywało dębów, lip, jesionów. Wioska rozrastała się powoli, acz systematycznie. Przybywało domów, łąk kośnych i pól oranych w skibę i ubywało puszczy. Mijały lata. Cywilizacja drążyła okoliczne wsie niczym kropla kamień. Zmieniała się i Babia Góra, zmieniała się jednak ciut wolniej i trochę inaczej niż okoliczne wioski i miasteczka. Miejscowi mieli tu bowiem nieco więcej respektu dla tradycji. Kiedy po największej rzezi XX wieku ciągnięto druty, którymi miała popłynąć energia, zmywająca w mgnieniu oka wszystko to co trwało przez stulecia, Babia znów pozostała przy starym. Gdy w Mikłaszewie, Lewkowie, Białowieży zimowymi wieczorami huczały młockarnie, w Babiej Górze po staremu słychać było miarową pracę cepów na klepiskach drewnianych stodół.

Los rzucił mnie do tej wioski pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Las spał jeszcze głębokim zimowym snem. Na pola i łąki zawitał pierwszy skowronek. Był początek marca, ni to zima, ni to wiosna, czas nadziei i oczekiwania na prawdziwą wiosnę, na kwiaty kaczyńców, jaskrów, powroty ptaków z ciepłych krain, na bociany.

Poprzedniej nocy, z kolegą ornitologiem prowadziłem nasłuchy sów w rezerwacie "Głuszec". Dzień wstał piękny, zimowy, pogodny. W blasku słońca odnalazłem nieoczekiwanie świeży trop wilka. Ciekawość zwyciężyła zmęczenie. Resztę dnia spędziłem na wędrówce po tropie wilczej watahy, która od kilku dni trzymała się w północnej części Puszczy Białowieskiej. Gdy zapadł wieczór i ujrzałem migoczące w oddali światła ludzkich domostw, marzyłem tylko o kawałku ciepłego miejsca pod przyjaznym dachem. Przyjęto mnie w Babiej ze staropolską gościnnością. Po ruskich pierogach ze śmietaną, zapitych uczciwą nalewką na wiśniach, niemalże zasnąłem siedząc. Nie był mi jednak pisany sen tej pogodnej, mroźnej nocy.

Wnętrze chaty wypełniały dźwięki brzozowych brewion pękających w płomieniach suto zaopatrzonego pieca. Po ścianach schludnej kuchni pełgało leniwie żółte światło naftówki, pomieszane z pomarańczowymi odblaskami żywego ognia przeciskającego się pomiędzy fajerkami kuchennej płyty. Gospodarz, człowiek stateczny, zapaliwszy skręta z miejscowej machorki, rozpoczął opowieść znaną w Babiej od kilku stuleci.

Wszystkim wioskowym wiadomo, że w puszczańskim uroczysku, zwanym przez miejscowych Czarnym Smugiem, zakopany jest Skarb Mateusza. Na skraju bagienka, w pobliżu kępy trzystuletnich jesionów, tuż koło źródła spoczywa skrzynia pełna złotych i srebrnych monet i drogocennej biżuterii wysadzanej rubinami, diamentami i szafirami. Jest tam także i druga skrzynia, ukryta nieco później, zawierająca w swym wnętrzu szczerozłotą figurkę kruka z rubinowymi oczami.

Od wielu pokoleń mieszkańcy Babiej i kilku okolicznych wsi lubią w długie zimowe wieczory bajać o bogactwie spoczywającym w ziemi. Najwięcej emocji wzbudza figurka kruka naturalnej wielkości, ponoć niezwykle pięknej roboty. Jak powszechnie w okolicy wiadomo skarb ten jest jednak przeklęty, a nad bezpieczeństwem bogactwa spoczywającego w puszczy czuwa demon. Legenda głosi, iż każdy, kto wejdzie w posiadanie złotego kruka umrze wkrótce w tragicznych okolicznościach, nie dożywając następnych urodzin, zaś najbliższa jego sercu osoba postrada duszę i zostanie zawieszona pomiędzy przyszłością a przeszłością. Człowiek pozostanie żywy, lecz utraci wolność, skazany na nie kończącą się ponurą egzystencję bez celu, kierunku i nadziei na wybawienie. Jedyną szansą dla nieszczęśnika i najdroższej jego sercu osoby miałoby być dobrowolne zrzeczenie się fatalnej figurki oraz całego doczesnego majątku, połączone z jakimś bliżej nieokreślonym pradawnym rytuałem.

Słyszałem kilka historii o zakopanych w ziemi skarbach, wędrując po odległych od uczęszczanych duktów zakątkach Podlasia. I tę kolejną między ludu bajanie bym włożył, gdyby nie kilka dziwnych faktów, z którymi musiałem się wkrótce zmierzyć...

Gdy tylko pierwsze smugi słonecznego światła oświetliły korony świerków, zapiał kogut. Była to pieśń zwyczajna, kogucia, a zarazem jakaś niezwykła, jakby pierwszy raz słyszana. Obudziłem się mocno nieprzytomny, odsuwając w niebyt niemalże dwie nieprzespane noce. Obca chata, do domu daleko. Chłód wygasłego pieca. Pozbierałem się jednak prędko i bez szczerze proponowanego śniadania ruszyłem w dalszą drogę. Poranne słońce oślepiało, wnikając przez oczy prosto w mózgowe zwoje, nabite wrażeniami z liczeń sów, tropień wilków i opowieściami o ukrytych w ziemi bogactwach. Dotarłszy do przystanku PKS, odjechałem wiekowym tworem polskiej myśli motoryzacyjnej wprost w objęcia wojewódzkiego miasta.

Z dworca, z braku lepszego zajęcia, ruszyłem wprost do biblioteki. Pani w szarym sweterku była miłą kobietą i zrobiła wszystko co tylko leżało w jej mocy, by zaspokoić moją ciekawość.

Nie minęło czasu wiele i zasiadłem przed niezłym stosem książek. Z lektury wyłonił się całkiem ciekawy obraz. Dzieło kilku autorów, w tym mojego pradziadka, z przedmową Henryka Mościckiego, wydane w roku 1905, zawierało kilka informacji o człowieku, który od pokoleń rozpala wyobraźnię mieszkańców północnych rubieży Puszczy Białowieskiej.

Był rok 1768. Ukraina Zaporoska wrzała. W Ukrainie polskiej w owych czasach częste bywały napady hajdamaków, czyli band grabicieli pod ich przywódcami, nazywanymi watażkami. Na czele rebelii stanęli niejacy Żeleźniak i Gonta, którzy po rzezi wielu wsi i mniejszych miasteczek przystąpili wraz ze zbrojnymi bandami do oblężenia Humania. Mieszkańcy miasta omamieni obietnicami Gonty i Żeleźniaka otworzyli bramy grodu, nie wiedząc, że niechybną śmierć na swe głowy sprowadzają. Zaczynają się więc srogie mordy. Ksiądz Wadowski, przy ołtarzu spisą został zakłuty, jednych obnażano, drugich siekierami rozcinano, trzecich rozstrzelano, innym nożami, dzidami, drągami śmierć zadawano, rozdzierano niemowlęta. Rzeź była straszna i trwała przez wiele dni i nocy. Dość rzec, że w przeciągu zaledwie kilkunastu dni ponad dwadzieścia tysięcy ludzi wyzionęło ducha w krwawej jatce, opętanego rządzą krwi ukraińskiego żywiołu. Z czasem sytuację opanowano. Większość zbrodniarzy została schwytana i przykładnie ukarana zgodnie z obowiązującym wówczas prawem. Nadmienić można, że nie były to kary dziś określane jako humanitarne.

Niektórym jednak udało się zbiec w stepy. Inni ruszyli na zachód, do Rzeczpospolitej. Był między niemi Mateusz, ani Ukrainiec, ani Polak choć nosił chrześcijańskie imię. Mówiono, iż ród jego wywodził się gdzieś z Dalekiego Wschodu, z terenów leżących nad Amurem, oddzielającym obecnie Rosję od Chin.

Po długiej i forsownej ucieczce z Ukrainy Zaporoskiej Mateusz wraz ze swymi kamratami dotarł do wschodnich rubieży Puszczy Białowieskiej, która choć królewszczyzną wówczas była, nie posiadała należytej ochrony wobec ogólnego zamieszania w Rzeczpospolitej.

Tu, jak się okazało, znaleźli swój azyl. Początkowo łotrzy zapadli w najciemniejsze białowieskie mateczniki, by wylizać się z ran i zebrać nadwątlone długą ucieczką siły. Z czasem odżywili się leśnym miodem i zwierzyną, która obficie zamieszkiwała tę odludną krainę.

W owym czasie biegł nieopodal ważny szlak handlowy z Grodna do Brześcia nad Bugiem. Kupcy ruscy, polscy, weneccy wędrowali gościńcem przez Krynki, Białowieżę, Kamieniec, wioząc różne towary, w tym złoto i drogocenne precjoza.

Łotrzy zaprawieni w wojennym rzemiośle, i nic innego poza grabieżą w gruncie rzeczy nie potrafiący robić, wkrótce zaczęli urządzać zasadzki w puszczańskich fragmentach szlaku. Łupili kupców, nierzadko ich mordując, a z opornych pasy żywcem darli. Nie oszczędzali nawet niewiast i dzieci, którym przyszło w tym niespokojnym czasie w podróż wyruszyć. Po kilku latach zbrodniczej działalności Mateusz wraz z kamratami zgromadził wielkie bogactwo. Złoto, biżuteria, drogocenna broń, wszystko to padało łupem bezlitosnych rzezimieszków. Praktyka ta jednak nie trwała wiecznie. Mateusz i jego banda trafili ostatecznie pod topór kata. Przed egzekucją badano ich długo i dokładnie. Zbrodniarze nie zdradzili jednak miejsca ukrycia skarbu.

Dwa dni po wyjeździe z Babiej Góry nadarzyła się sposobność wyjazdu do stolicy. Korzystając z okazji, zaszyłem się w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego na Krakowskim Przedmieściu. Lektura kolejnych źródeł uzmysłowiła mi dobitnie, że Skarb Mateusza to bynajmniej nie ludu bajanie, lecz nieźle udokumentowana i całkiem prawdopodobna historia.

Z biblioteki udałem się wprost do pana Henryka, zaprzyjaźnionego antykwariusza i poszukiwacza starożytności. Człowiek ten to najprawdziwsza chodząca encyklopedia. Gdy tylko wspomniałem o Skarbie Mateusza i fatum kruka, staruszek wielce się ożywił. Przy szklance mocnej herbaty wyłuszczył mi całą historię tego przedziwnego przedmiotu. Geneza figurki kruka sięga głęboko w zamierzchłe czasy starożytnej Persji. Gdzieś w początkach XIV wieku szczerozłotego kruka zamówił jeden z możnowładców z szyickiej dynastii Safawidów. Cenny i ponoć niezwykłej urody kruk miał być darem dla Timura, który w owym czasie zbrojnie najechał Persję, czyniąc w kraju wielkie spustoszenia. Próba obłaskawienia najeźdźcy, którego mauzoleum do dziś można podziwiać w Samarkandzie, nie powiodła się. Wkrótce jednak feralna figurka rozpoczęła niejako własny żywot. Cenny dar, który miał obłaskawić najeźdźcę i być formą lenna podbitego plemienia, wędrował od tej pory przez dzieje i kontynenty szlakiem pełnym łez, rozpaczy i gwałtownych śmierci.

Rzemieślnik, znakomity złotnik, wykonał zamówienie możnowładcy w terminie i bardzo rzetelnie. Rzeźba, której stworzenie zajęło artyście kilka miesięcy i pochłonęło wiele cennego kruszcu oraz drogocennych kamieni, udała się doskonale. Nadszedł dzień wypłaty za wykonaną pracę. I w tym momencie zaczęły się kłopoty. Władca popadł w międzyczasie w finansowe tarapaty, a może nigdy nie zamierzał wynagrodzić rzemieślnika. Dość rzec, że dla twórcy kruka dzień wypłaty stał się początkiem koszmaru. Niewypłacalny kalif odpłacił artyście za jego trud powolną śmiercią w lochu. Pretekstem do wymierzenia straszliwej kary miały być rzekome kontakty rzeźbiarza z siłami nieczystymi. Rzemieślnik konał długo, wzywając na pomoc wszelkie duchy, które mogły przynieść szybką śmierć. Wtedy najpewniej szczerozłota figura została przeklęta.

Długi jest łańcuch posiadaczy tego kunsztownego przedmiotu. Różne było ich pochodzenie, marzenia i pozycja społeczna. Jedno jest jednak pewne. Wszystkich znanych posiadaczy figurki połączyło to samo fatum. Wędrówka feralnego przedmiotu przez dzieje i krainy była pasmem dramatów, strasznych śmierci i ogromnego cierpienia. Ostatnim udokumentowanym posiadaczem klejnotu był kupiec wenecki Marcello Bikarani, wiozący skarb z Genui do Polski około roku 1770. Tu jednak ślad się urywa. Gdzieś pomiędzy Krynkami a Białowieżą wszelki ślad po Włochu zaginął. Wielce jest możliwe, iż na swym szlaku napotkał nieszczęśnik bandę Mateusza. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że zaledwie kilka miesięcy później Mateusz wraz z kamratami położył głowę pod topór kata. Jak wiadomo z wcześniejszych ustaleń legenda głosi, że każdy z posiadaczy feralnego kruka zginie, nie dożywając swoich następnych urodzin, a najdroższa mu osoba będzie po kres dziejów błąkała się zawieszona pomiędzy przeszłością a przyszłością. Pan Henryk potwierdził to, co wyczytałem już wcześniej, że i Mateusz dołączył do grona nieszczęsnych "beneficjentów" skarbu kilka miesięcy po zaginięciu weneckiego kupca.

Dziennikarska ciekawość nie pozwalała zostawić na pastwę zapomnienia tak ciekawie rozwijającej się historii. Przy najbliższej okazji, a był, jak dziś pamiętam, 24 marca - wkrótce po przesileniu wiosennym, powróciłem do Babiej, aby zgromadzić kilka dodatkowych szczegółów potrzebnych do rzetelnego zbadania i opisania całej sprawy. Był to dzień jak na tę porę roku zwyczajny w podlaskich stronach, a jednak mający w sobie coś niesamowitego. Zima z wiosną toczyły ciężki bój. Nad świeżą zielenią ozimin brzmiała pieśń skowronka. Na podmokłych łąkach słychać było żałosne zawodzenie czajek, które w dzikich tabunach śniegu, targane huraganowym wiatrem, chroniły przed śmiercią z wyziębienia swe jeszcze nieopierzone pisklęta. Górą ciągnęły klucze gęsi powracających z wybrzeży Morza Śródziemnego do północnej Rosji. Dziki, jelenie, a nawet żubry podchodziły na chłopskie pola w poszukiwaniu żeru, podobnie jak zwykły to czynić zimową porą.

Spis treści

5. Skarby Babiej Góry

Bez trudu trafiłem do chaty, pod dachem której, w trakcie poprzedniego pobytu w Babiej odnalazłem gościnę. Powitanie było serdeczne, gwarzyliśmy o tym i owym jak starzy przyjaciele dopóki nie spytałem, czy ktoś próbował ostatnio szukać Skarbu Mateusza. Wyczuwszy, iż temat jest drażliwy zaproponowałem małą wyprawę do kiosku spożywczego dla wzmocnienia się produktami miejscowego przemysłu chmielowego. Po niejakim czasie rozmowa zaczęła się nieco żywiej toczyć.

Kilkanaście lat temu, jak się dowiedziałem, zawitała do Babiej grupa studentów. Trzech chłopaków i dziewczyna spędzili we wsi, a tak naprawdę w Puszczy, niemalże całe wakacje. Nie byli to jednak przyrodnicy, którzy regularnie odwiedzają białowieskie knieje, wędrując po ścieżkach zwierza lub obserwując unikalne gatunki ptaków. Nie mieli oni lornetek, wag hiropterologicznych, nie interesowali się ani roślinami, ani zwierzętami. Byli skryci, zachowywali się niemal jak spiskowcy. Dziewczynę najbardziej zapamiętano, odznaczała się bowiem niepoślednią urodą. Można by rzec, iż była piękna. Nie oddaje to chyba jednak istoty sprawy. Ona była zjawiskowa, jakby nie z tej ziemi. Twarz dziewczyny, otoczona kruczoczarnymi lokami, jaśniała jak majowy poranek. Gdy szła, trawy jej się kłaniały, idąc jakby nie odciskała ciężaru ludzkiej stopy na puszczańskich łąkach. Śmiech jej brzmiał jak pieśń skowronka nad ledwie dotkniętą wiosennym podmuchem ziemią. Nie wiem jaka była naprawdę, rzecz jednak pewna, iż wrażenie jej niezwykłej urody długo tu nie przeminie. Chłopcy jakby do niej nie pasowali. Zwyczajni studenci w wyciągniętych swetrach, dżinsowych spodniach i kurtkach z demobilu. W podobnym wieku, a jednak z całkiem innej bajki. Do lasu wędrowali jednak solidarnie każdego ranka, nawet w niedzielę, dźwigając długie i wąskie torby. Nigdy nie zżyli się szczerze z miejscowymi, chociaż chłopcom zdarzało się przesiadywać na ławeczce pod sklepem. Z tubylcami nie rozmawiali o swoich sprawach, zbywając ciekawskich zdawkowymi odpowiedziami. Mówili, że zajmują się pomiarami Puszczy, nikt jednak w to nie wierzył. Pewnego dnia studenci spakowali się w wielkim pośpiechu i odjechali. Dziewczyny między nimi nie było. Wyszli z Babiej we trzech. Wsiedli do autobusu i tyle ich było widać. Od czasu wyjazdu, a może ucieczki studentów, nikt więcej dziewczyny w okolicy nie widział.

Powoli rzecz zaczynała układać się w pewną całość. Pytań wciąż jednak było dużo więcej niż odpowiedzi. Bez trudu dowiedziałem się, gdzie kwaterowali studenci. Chata była jak wiele innych w okolicy, lecz przestronniejsza i jakby bardziej zadbana. Nie będę zatrzymywał się nad opisywaniem kolejnych perypetii związanych z odtworzeniem dawnej historii. Dość rzec, że ostatecznie udało się odzyskać notes jednego z chłopców pozostawiony na kwaterze w ferworze gwałtownej wyprowadzki.

Służbowe obowiązki zmusiły mnie do odłożenia sprawy Babiej Góry ad acta na kilka dni. W początkach kwietnia nadarzyła się jednak sposobność wyjazdu do Warszawy, gdzie jak dowiedziałem się z notesu, zamieszkiwał jeden ze studentów.

Ulica Koszykowa to samo serce stolicy. Próżno tam jednak szukać wielkomiejskiego blichtru. Stare, odrapane kamienice, pozostające od dawna w ogromnym zaniedbaniu, zdają się tu tłoczyć i włazić na siebie niczym tłum ludzi zdążający w pośpiechu donikąd. Mając notes za jedynego przewodnika, dotarłem na samą górę, pokonując pięć pięter drewnianych, skrzypiących i cuchnących uryną schodów. Drzwi mieszkania o numerze 44 nie wyróżniały się niczym szczególnym poza brakiem jakiejkolwiek informacji o nazwisku gospodarza. Wybiła 21, gdy zacząłem kołatać do mieszkania Jacka, tak bowiem jak dowiedziałem się z odnalezionego notesu, nazywał się chłopak zaginionej studentki. Już wyczerpywała się moja cierpliwość i zaczynałem zbierać się do odwrotu, gdy z głębi lokalu dosłyszałem ciche kroki pomieszane z odgłosem suchego kaszlu. Drzwi otworzyła mi zjawa. To jedyne skojarzenie jakie w tym momencie miałem. Mężczyzna lat około czterdziestu był niemalże przezroczysty. Widywałem w swym życiu ludzi zagubionych, straceńców, głębokich kontestatorów egzystencji, a nawet i tych, którzy na co dzień raczą się denaturatem. Ten okaz gatunku ludzkiego nie pasował jednak do żadnej ze znanych mi kategorii. Był to człowiek - zjawa, istota niby ludzka, pozbawiona jednak tych wszystkich ziemskich cech, jakie zazwyczaj przypisujemy przedstawicielom naszego gatunku. W oczach mężczyzny ziała pustka tak przepastna, że nawet największy z poetów nie wysłowiłby jej głębi. W niczym nie przypominał zakręconego entuzjasty, grotołaza i duszy towarzystwa, Jacka, którego poznałem kilkanaście lat temu na zebraniu studenckiego Klubu Przewodników Beskidzkich. Nie poznał mnie, zreszta znaliśmy się dość luźno.

Zjawa, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi, zniknęła w głębi skąpo oświetlonego korytarza.

Pokój, do którego wszedłem wyglądał jak cela mnicha. Żelazne łóżko, a raczej barłóg, ustawione było naprzeciw okna, pod którego łuszczącym się parapetem znajdował się niewielki drewniany stół o surowym drewnianym blacie. U wezgłowia pryczy, w zasięgu ręki, odnalazłem trzeci i zarazem ostatni mebel tego wnętrza - duży regał z książkami. Zawartości regału nie można określić jako typową dla polskiego domu mieszczańskiego. Homer, Wergiliusz, Dostojewski, Platon, Sofokles, Goethe, Lamartin, Szekspir, Dante, Koran, kilka wydań Biblii, hebrajskie wydanie Talmudu , Petrarka, Homer i tak dalej.

Ton całości nadawały jednak ściany. Gdy opisujemy wnętrze zazwyczaj określamy jego koloryt lub przynajmniej dominującą barwę. W przypadku tego mieszkania byłoby to jednak niemożliwe. Ściany i sufit pomieszczenia, które zajmował Jacek nie posiadały bowiem żadnej barwy lub też posiadały je wszystkie naraz. Był to najdziwniejszy konglomerat liszai i plam, jakie zdarzyło mi się widzieć kiedykolwiek w niemal 38-letnim życiu. Stanęliśmy naprzeciw siebie w środku pokoju. Bez słów, bez żadnych normalnych w tego typu okolicznościach gestów. Sytuacja stawała się dla mnie coraz bardziej krępująca, nie wiedziałem jednak jak sensownie zacząć rozmowę. Jacek blado się uśmiechnął, bez słowa wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić z butelką białej wódki i dwoma kryształowymi kieliszkami. Nalał, wypiliśmy. Wódka była ciepła. Zza ściany dobiegały odgłosy awantury. Najpierw jakieś niezrozumiałe słowa, a po chwili seria uderzeń i stłumiony płacz.

- Ja w sprawie Weroniki - zacząłem nieśmiało.
- Była moją dziewczyną - zaczął, jakby czekał na mnie od bardzo dawna. Na imię jak może pamiętasz miała Weronika ale nazywałem ją Wika. Poznaliśmy się na obozie zerowym pierwszego roku filozofii. Była piękna w wielu wymiarach, a ja dość przeciętny. Łączyło nas jednak coś niezwykłego. Pasja, poszukiwania starożytności, grzebanie w ziemi, marzenia o zakopanych skarbach, najbardziej jednak zmaganie się z zagadkami, które pozostawili nam w spadku ludzie żyjący w zamierzchłych czasach.

Wakacje po pierwszym roku bardzo nas zbliżyły. Wyruszyliśmy z kilkoma znajomymi na Pomorze Zachodnie. Przed wyprawą przesiadywaliśmy godzinami w bibliotekach, rozważając różne trasy, którymi konwój niemieckich ciężarówek mógł się przemieszczać. Wówczas właśnie zrozumiałem, że nie ma w niej ani cienia chciwości, próżności, ani niczego takiego. Wtedy ją pokochałem, a może tylko mi się tak wtedy zdawało. A ona. Jej jakby nie było. To znaczy była, lecz inaczej niż ty i ja teraz. Trudno to uchwycić, bo to coś takiego, jakbyś chciał opisać kształt mgły. Była niesamowita. Wiem banał. Lecz to jest chyba najtrafniejsze określenie.

Poszukiwania na Pomorzu nie dały rezultatu. Fałszywy trop. Zimą, w połowie drugiego roku studiów, natrafiłem w BUW-ie na ślad Skarbu Mateusza. Rzecz szybko mnie zaciekawiła, by wkrótce opanować wszystkie myśli i uczucia. Wika bez słowa sprzeciwu podążyła za mną w trudną drogę poszukiwań. Wiosną mieliśmy już dość jasny obraz miejsca, w którym należy szukać. Nie pamiętam dokładnie czemu przyplątali się do naszej ekspedycji Artur i Kusy. Zrozumiałem to jednak kilka miesięcy później, gdy na moich oczach mózg Artura rozprysnął się na chodniku przed akademikiem. Nie miałem pojęcia, że coś między nimi iskrzyło. Zresztą chyba było to jednostronne. Teraz nie ma to i tak żadnego znaczenia. Tak po prostu wyszło. Pojechaliśmy we czworo, wróciliśmy we trzech, by wkrótce razem z Kusym położyć na Arturze kwiatki. Z początku wszystko było do bólu zwyczajne. W drugi czwartek sierpnia zaczęły się problemy. Poprzedniego dnia grzebaliśmy na małej polance pomiędzy kilkoma wiekowymi jesionami. Wykrywacz metali tam właśnie wskazał coś dużego lub leżącego tuż pod powierzchnią ziemi. Kopaliśmy do zmierzchu, bez rezultatów. Wieczorem, nieźle zmęczeni wróciliśmy na kwaterę. Artur i Kusy wjechali na mnie zaraz po kolejnej, złożonej z rybek w tomacie i oleju, kolacji. Wypiliśmy po kilka piw. Kusy jak to on, szybko zorganizował flaszkę. Gadali, nakręcając się wzajemnie. Mówili, że coś im zawdzięczam, że ich przerobiłem i tym podobne głupoty. Jak pamiętam powiedziałem kolesiom, że jak dla mnie to mogą spadać na drzewo. Wika w ogóle się nie odzywała, jak zwykle w sytuacjach, gdy ludzie zaczynali się kłócić.

Nigdy zresztą nie podnosiła głosu. I na tym się rozmowa skończyła. Następnego dnia, zaraz po późnym śniadaniu, wróciliśmy na polankę w to samo miejsce. Przestrzeń pomiędzy jesionami była zryta jak sto pięćdziesiąt. Pamiętam ten dzień dużo dokładniej niż to, co wydarzyło się wczoraj. Było cholernie gorąco, ani deka wiatru. Najdziwniejsze było jednak to, że skwar zaczął się od samego rana i trwał przez cały długi dzień, oraz, że wszyscy poza Wiką dostaliśmy jakiegoś amoku pracy. Ryliśmy jak szaleni, przeobrażając sielską śródleśną polankę w plac budowy. Dawniej, nawet poprzedniego dnia, żartowaliśmy często na temat niespodziewanej wizyty leśników i tego co powiedzą na taką demolkę. Dziś było inaczej. Pracowaliśmy w zupełnym milczeniu, zapominając nawet o jedzeniu. Nie wynikało to jednak z wczorajszej kłótni. Rzecz miała inne podłoże, całkiem inne. Było jeszcze całkiem jasno gdy szpadel Artura zadzwonił o coś dużego i metalowego. Zamarłem, wszyscy zresztą przeżyliśmy chyba to samo. Jacek zamilkł.

Początkowo nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi, mając na względzie całokształt jego nietuzinkowej postaci. Później pomyślałem, że zamierza spotęgować we mnie napięcie lub wystawić na próbę cierpliwość małego, lecz bardzo oddanego audytorium. Odczekałem bez słowa kilka minut. Cisza jak w grobie, nawet za ścianą przestali się lać. I wtedy spojrzałem mu w twarz. W całym swoim życiu nigdy nie widziałem takiego bezmiaru rozpaczy. Jacek nie płakał, nie drgnął najmniejszy mięsień na jego twarzy. Oczy mężczyzny ziały pustką bez dna.

Mijały minuty. Za niemytym chyba od lat oknem wstawał nowy dzień. Dobiegły mnie pierwsze, jeszcze ospałe ćwerkania wróbli. Magiczna chwila brzasku, ani noc, ani dzień.

Siedziałem jak skamieniały, nie czekając ani na zakończenie opowieści, ani na nic. I wtedy zaczął ponownie mówić.

- Skrzynia była pusta. Wyglądała na starą, XVII, może początek XVIII wieku, sądząc z kształtu i wzoru okuć. Najdziwniejsze jednak było to, że otwierając wieko nie czułem nic. Tak jakbym od początku przeczuwał, czym to się skończy. Staliśmy, gapiąc się bezmyślnie w niemalże dwumetrowej głębokości dół, na dnie którego spoczywało to, czego szukaliśmy od kilku tygodni. I nagle zrobiło się ciemno, jak po zachodzie słońca w tropikach, jakby ktoś nagle zgasił światło. Trwało to chwilę, może parę sekund. Wszyscy jednak poczuliśmy to samo. Bezgraniczne zło. Bez kształtu, bez żadnej formy. Ono tam było. Kiedy dzień wrócił, Weroniki już nie było.

Za oknem zrobiło się całkiem jasno. Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas milcząc.

- Jak to zniknęła, szukaliście jej?
- Oczywiście. Obeszliśmy całą okolicę. Pytaliśmy we wsi. Następnego dnia zawiadomiłem milicję. Zlekceważyli to. Później szukali, wzywali nas na przesłuchania, i co z tego. Wiedziałem, że nie znajdą. Sam też szukałem i szukam do dziś. Wiem, że ona żyje i bardzo cierpi.

Wyszedłem bez słowa przez wąski korytarz, oświetlony gołą żarówką, na obskurną klatkę schodową. Warszawa o brzasku. Kilka minut po czwartej. Knajpy już zamknięte. Lud roboczy jeszcze w domowych pieleszach. Piękny czas. Miasto łapie oddech przed następnym obłędnym dniem.

Spis treści

6. Tykocin

"Przedzierające się przez mgłę promienie słoneczne, tu i ówdzie ukazywały wyraźniej jakiś szczegół tego grodu, którego właścicielem był kiedyś Stefan Czarniecki. Później jednak, gdy już znaleźliśmy się w centrum, osada nie zrobiła na nas najlepszego wrażenia: brudne uliczki, małe senne domki, z których osypywał się tynk, dachy malowniczo układające się w perspektywie, ale od dawna nie łatane, nieliczni przechodnie i wcale licznie pętające się po jezdniach bydlątka domowe..." - pisał w 1948 roku Włodzimierz Puchalski, fotografik, filmowiec i jeden z najzagorzalszych miłośników ziemi tykocińskiej. W ciągu półwiecza sporo się w Tykocinie zmieniło. Coś jednak w charakterze tego miasteczka pozostaje niezmienne. Jakaś przedziwna senność, oczekiwanie, a może nostalgia za czasami minionej świetności wydaje się wciąż wisieć w powietrzu.

Pomimo wielkiego nagromadzenia zabytków, bogactwa otaczającej przyrody, pięknego usytuowania nad Narwią i kilku przyjemnych miejsc oferujących wygodny sen i radość dla podniebienia, Tykocin wciąż pozostaje nieco z dala od utartych szlaków.

Do tego, skądinąd zabytkowego, grodu nie przyjechałem dla podziwiania śladów dawnej świetności, choć wędrówka szlakiem miejscowych zabytków jest zajęciem wielce pociągającym. W szpitalu Marek wyjawił mi, że autobus, którym wyjechała Weronika zmierzał właśnie do Tykocina. Próbowałem dowiedzieć się od chłopca, czemu nie pojechał w ślad za ukochaną, czemu nie wyjawił jej nigdy swych uczuć. Wszystkie pytania pozostawały jednak bez odpowiedzi.

O zabytkach i historii Tykocina można by napisać niejedną pasjonującą książkę. Historia miasta sięga głęboko w XV wiek, kiedy to książę Janusz nadał Tykocinowi prawa miejskie. W przeciągu ponad pięciu wieków wiele tu się działo, zważywszy na fakt, iż była to jedna z najważniejszych nizinnych twierdz Rzeczpospolitej. W czasach Zygmunta Augusta Tykocin pełnił rolę królewskiej rezydencji, mieszcząc na zamku arsenał koronny, bibliotekę i skarbiec.

Najbardziej znany epizod historii miasta został opisany na stronach "Potopu" Henryka Sienkiewicza, kiedy to wojska litewsko-polskie pod wodzą Sapiehy oblegały zamek, w którym bronił się Janusz Radziwiłł. Co było dalej wszyscy wiedzą, ale niewielu pamięta, że zamek poddano ponad rok po śmierci Radziwiłła. Dzisiejszy Tykocin to niewielkie, po części drewniane miasteczko na kresach kresów, w którym, jakimś przedziwnym zrządzeniem losu, zachowało się sporo pięknych barokowych budowli.

Ludzi mieszka tu niespełna 2 tysiące, a głównym źródłem ich utrzymania wciąż pozostaje uprawa roli. Tykocin, zwany niekiedy perłą polskiego baroku, odwiedza rokrocznie ponad 100 tysięcy gości z całego świata. Głównie są to żydowskie wycieczki z Izraela, dla których Tykocin jest jednym z punktów szlaku martyrologii ich narodu. Tutaj dokonał się bowiem pierwszy holokaust Żydów we wschodniej Polsce. W pobliskim lesie, nieopodal wsi Łopuchowo, znajduje się zbiorowa mogiła ponad trzech tysięcy tykocińskich Żydów zamordowanych przez Niemców w 1941 roku.

Nad Tykocinem górują dwie monumentalne barokowe budowle: XVIII-wieczny kościół i o sto lat starsza synagoga, druga co do wielkości w Polsce. Kościół zamykający wschodnią pierzeję trapezoidalnego rynku, wzniesiony z inicjatywy dziedzica tutejszych dóbr - Jana Klemensa Branickiego, jest dobitnym świadectwem dawnej świet- ności miasta. Rozległa trzynawowa świątynia niemalże przytłacza swoją wielkością i dostojeństwem. Parterowe drewniane domki otaczają brukowany rynek. Plebania otoczona wysokim kamiennym murem też wydaje się być skrojona na czasy dawniejszej świetności miasta.

W Wielkiej Synagodze znajduje się obecnie muzeum judaików. Na ścianach budowli zachowały się fragmenty XVII-wiecznych fresków. Nieopodal synagogi, w dawnym domu talmudycznym, urządzone jest muzeum miejskie prezentujące między innymi malarstwo Zygmunta Bujnowskiego, który utrwalił na płótnie obrazy XIX-wiecznego Tykocina.

Na rynku, oprócz monumentalnego kościoła i drewnianych domków, przykuwa uwagę odwiedzających pomnik przedstawiający bohatera potopu szwedzkiego, Stefana Czarnieckiego. XVII-wieczna figura rycerza ze złotą buławą jest jednym z pierwszych świeckich pomników, jakie stanęły na ziemiach polskich.

W pobliżu Tykocina warto odwiedzić co najmniej dwa miejsca, których przyroda i krajobraz zasługują na uwagę. Pierwsze to pozostałość słynnego limanu tykocińskiego, gdzie wiosną wody Narwi formują prawdziwy rzeczny ocean. Nad ciągnącymi się po horyzont rozlewiskami można tu obserwować tysiące ptaków wodno-błotnych, dla których liman był przez setki lat ważną ostoją na szlaku wiosennej i jesiennej wędrówki.

Jest co najmniej kilka sposobów zdobywania informacji o przyjezdnych w miejscach, które polityczna poprawność nakazuje nazywać metropoliami inaczej. Osobiście preferuję zasięganie języka wśród miejscowych piwoszy. Jest to jednak sztuka niełatwa, wymagająca determinacji, silnej woli i szczypty psychologii. Piwosze wszystkich krajów świata w jakiś sposób są uderzająco podobni do siebie. Łączy ich przedziwna ponadnarodowa zmowa, pewne uniwersum silne, choć najpewniej nie całkiem uświadomione. Pobieżny obserwator zakwalifikuje osoby nadużywające od rana produktów chmielowych do smakoszy tego właśnie napoju. Nic bardziej błędnego. Nie rzecz bowiem w profanum, lecz w sacrum, w podejściu do życia pewnej swoistej filozofii egzystencji, będącej zjawiskiem trudnym do zgłębienia dla człowieka na co dzień oddającego się pracy zarobkowej. W pewien przedziwny sposób piwosze są bowiem kontestatorami współczesnej egzystencji, świętym bydłem, jak rzekłby Kurt Vonnegut. Kontestacja rzeczywistości pozostawia piwoszom pewien, całkiem szeroki, margines czasu na jej obserwację, dzięki czemu ta właśnie grupa istot ludzkich bywa bezcennym, choć wielce delikatnym w swej materii, źródłem informacji o zdarzeniach niezbyt w czasie odległych i wykraczających poza codzienna rutynę. W pradawnym grodzie tykocińskim miejscowi degustatorzy złocistego trunku gromadzą się w maleńkim kwartale, stanowiącym dawniej pogranicze kultury wywodzącej się ze Starego i Nowego Testamentu. Tam właśnie, na dwóch brzegach rzeczki, rozlokowały się sklepy spożywcze, których właściciele z myślą o współczesnych spadkobiercach dziedzictwa dobrego wojaka Szwejka, wystawili plastikowe stoliki osłonięte przed kaprysami aury brezentowymi parasolami. Są ludzie, którzy sądzą, że można dowiedzieć się czegoś ciekawego od bywalców stolika pod parasolem dzięki hojnemu przemienianiu banknotów na pełne flasze, połączonemu z zadawaniem pytań przetykanych kolokwialnymi zwrotami. Nic bardziej błędnego. Piwosze to istoty wrażliwe, nieśmiałe, pełne metafizycznego smutku i ciekawe świata, choć pobieżna ocena ich powierzchowności może sugerować coś zgoła innego.

Zapuściłem korzenie w maleńkim kwartale pomiędzy dwoma stolikami osłoniętymi dla wygody ludzkiej parasolami przypominającymi te plażowe, lecz tylko zewnętrznie. W istocie rzeczy przedmioty z pozoru podobne różnią się zazwyczaj ogromnie. Parasol plażowy chroni bowiem swą rozpłaszczoną postacią osoby przybyłe gdzieś tam dla chwilowego wypoczynku, który najczęściej okazuje się kontynuacją, nerwowej, i jakże rzadko satysfakcjonującej pracy.

Tak zwany wypoczynek, choć wiąże się z całkiem innymi niż praca czynnościami, nie owocuje prawdziwym wytchnieniem. Pośpieszny i intensywny bywa w swej przewrotności bardziej szkodliwy dla zdrowia i wyczerpujący niż rutynowa praca. Plaże, jeziorne, czy nawet i nadmorskie bywają okupowane przez ludzi z wielkich miast, pragnących w możliwie najkrótszym czasie, za ogromne pieniądze i z zegarkiem w ręku odreagować wielomiesięczny wysiłek.

Tykocińskie parasole mają się do tych plażowych parasoli jak krzesło do krzesła elektrycznego. Te przedziwne enklawy dają wszak schronienie ludziom, których cały żywot jest jedną, wielką i nigdy nie kończącą się niedzielą.

Mając na uwadze wszystkie te okoliczności, człowiek rozumny, a pragnący poszerzyć swą wiedzę w jakiejkolwiek miejscowej materii, zmuszony jest uzbroić się w kilka nieodzownych cnót. Cierpliwość, hojność i otwartość to wstęp do przemiany, która musi się w nim dokonać. Jest to tylko preludium drogi, która ostatecznie zmierza ku poszanowaniu drugiego człowieka, choćby był on odległy od naszego wyobrażenia o szlachetnym człowieczeństwie. Gdy nadludzkim wysiłkiem uda nam się przebrnąć przez ocean własnej próżności, na końcu ciernistej drogi zaczerpniemy szerokim ruchem rzeczy ważne ze skarbnicy miejscowej wiedzy.

Ustaliłem w Tykocinie trzy rzeczy, które najbardziej mnie interesowały. Po pierwsze Weronika przybyła do miasta, po drugie była tam bardzo krótko, a po trzecie wyjechała do Korczewa w towarzystwie samotnie podróżującego mężczyzny, którego poznała zaledwie kilka godzin wcześniej. Odjechali na południe samochodem Opel corsa. Nie zachowywali się jak kochankowie, choć facet wyraźnie jej nadskakiwał. Rejestracja samochodu wskazywała na stołeczne pochodzenie kierowcy, co jednak, mając na względzie okoliczności zdarzenia, najpewniej było rzeczą bez większego znaczenia dla dalszych poszukiwań. Szósty zmysł podpowiadał, że drogi Weroniki i jej przypadkowego towarzysza podróży rozeszły się właśnie w Korczewie.

Spis treści

7. Korczew - pałac?

Początek maja nad Bugiem powitał mnie łąkami w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem, harmidrem ptasich śpiewów, rechotem żab i świeżą zielenią młodych listków wierzb, brzóz i olch gęsto porastających szeroką dolinę rzeki.

Ciepły wschodni wiatr i błękitne niebo, po którym leniwie wędrowały pierzaste obłoki, wypełniało serce błogością i koiło nerwy skołatane bezowocnymi poszukiwaniami tajemniczej dziewczyny.

Droga do pałacu od strony Skrzeszewa jest równie malownicza, co wyboista. Mijam senne wioski, chaty kryte strzechą, stare drewniane krzyże na rozstajach. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Po lewej stronie szeroka wstęga Bugu z wyspami, starorzeczami i łąkami rozległymi jak ocean. Bajkowa kraina, brakuje tylko rycerza w zbroi zmierzającego na turniej do zamku.

Wjazd do Korczewa brutalnie wciska mnie w minioną szczęśliwie epokę realnego socjalizmu. Świat podparty kołkiem to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się po wjeździe do tego ni to wsi ni to miasteczka. Szukam pałacu, kierując się mapą. Droga skręca w lewo, ukazując wspomnienie po murowanym ogrodzeniu zabytkowego parku.

W bramie miejscowi piwosze zmagają się z grawitacją. Jeden najwyraźniej uznał wyższość fizyki nad wolą ludzką i śpi wyczerpany pod wiekową lipą. Jest wczesne popołudnie. Kilkadziesiąt metrów dalej następna brama prowadząca na pałacowy dziedziniec. Przy wjeździe tabliczka informująca, że turyści są mile widziani.

Za bramą otwiera się szeroka perspektywa na murowany pałac w stylu klasycystycznym. Budynek jest piętrowy, długości około 40 metrów, podbudowany od południa frontem. Środek pałacu wsparty jest na dwóch kolumnach i zwieńczony trójkatną fasadą z herbem Rawicz, który przedstawia młodą dziewczynę siedzącą z podniesionymi ramionami na grzbiecie niedźwiedzia.

Historia herbu jest dość romantyczna. Pewien władca miał córkę, która odmówila małżeństwa z wybrańcem ojca. Król skazał ją na śmierć w pieczarze dzikich zwierząt. Kiedy jednak ją tam wrzucono, żadne zwierzę jej nie tknęło, a wielki niedźwiedź podszedł do niej i położył się u jej stóp. Gdy wsiadła na grzbiet zwierza niedźwiedź wywiózł ją całą i zdrową z pieczary.

W pobliżu pałacu kręci się kilka osób, niektórzy pracują. A jest przy czym. Majątek do niedawna pozostawał w zarządzie gminy, która doprowadziła budynki do kompletnej ruiny. Ostatni właściciele Korczewa, hrabiowie Ostrowscy, odzyskali pałac kilka lat temu. Jeszcze rok, dwa i wszystko złożyłoby się jak domek z kart.

Otoczenie pałacu to duży stary park w stylu angielskim. Trzydziestohektarowy starodrzew liściasty kryje jeszcze jedną budowlę. "Syberia" była dawniej pawilonem dla gości. Obecnie mieszkają tam tylko nietoperze. Szczęśliwie budynek udało się przykryć prowizorycznym dachem, więc może kiedyś będzie znów służył ludziom. Legenda głosi, że pod budowlą jest wejście do lochów, które łączą Korczew z Drohiczynem. Niektórzy utrzymują, że te właśnie podziemia kryją w sobie przynajmniej część bogactw zgromadzonych przez kilka stuleci w zrujnowanym pałacu. Wejścia do lochów strzegą chyba jakieś potężne moce, bowiem nikomu jak dotąd nie udało się dobrać do zagrzebanych w ziemi skarbów. Park robi wrażenie. Jest duży i stary. Największą jego część stanowi rezerwat "Dębniak", wydzielony z założenia ogrodowego w 1978 roku. Tu przyroda rządzi się swoimi prawami. Konary dębów niemal splatają się ze sobą, przywołując skojarzenia "Mickiewiczowskiej Puszczy". Bardziej to bowiem puszcza niż park, nad czym boleją obecni właściciele majątku. Ja cieszę się jednak, że tyle starych drzew udało się uratować. Większość zabytkowych parków w Polsce została bowiem w pień wycięta albo tak przerzedzona, że już tylko z nazwy pozostają parkami.

Korczew to całe wieki historii. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z roku 1416, kiedy to Wielki Książę Witold, władca Litwy, nadał te ziemie Pretorowi herbu Świeńcic. Sam pałac zbudowano w wieku XVIII. Zaprojektował go włoski architekt Konceni Boni, pracujący na co dzień u rodziny Radziwiłłów. Rozkład domu pozostał do dziś. Pałac ma kształt litery "U". Po bokach pokoje mieszkalne, a w centrum wielka sala piętrowa z galeriami, służąca szlachcie w czasie zjazdów, które zwłaszcza w czasach konfederacji barskiej licznie się tu odbywały. Nie samą polityką jednak człowiek żyje. Bawiono się tu niekiedy wesoło. Zastawiano nawet sieci na przejeżdżające kolasy, by do picia ciągnąć i gdy pewien braciszek zakonny, nie wiadomo skąd w tym gronie się wziąwszy, odmówił picia - po prostu zanurzono go w beczce z miodem.

Z Korczewem wiąże się także postać naszego wieszcza Cypriana Kamila Norwida. Poeta przez długie lata korespondował z Joanną Kuczyńska - dziedziczką tutejszych dóbr, dedykując jej nawet jeden ze swoich wierszy, zatytułowany "Do Pani na Korczewie". Chociaż Norwid nigdy tu nie był, to jednak wątki korczewskie przewijają się w jego poezji za sprawą długoletniej korespondencji. Dzięki listom poeta poznał pałac i jego otoczenie lepiej niż niejeden z bywalców tego pięknego zakątka.

Łatwo tu zapomnieć o całym świecie. W korczewskim powietrzu wisi coś na kształt metafizycznego hamulca, co spowalnia tryby bezlitosnego zegara dziejów. Park, starodawny pałac, zarośnięte stawy i przepiękna sceneria nadburzańskiej skarpy, układają się w tym miejscu w obraz wielce romantyczny i niezbyt sprzyjający jakimkolwiek czynom skierowanym ku osiąganiu doraźnych celów.

Stałem zauroczony całą tą bajkową krainą, rozważając, gdzie rozpocząć dalsze poszukiwania Weroniki. Miejscowi piwosze nie rokowali żadnych nadziei. Wywodzili się w prostej linii od służby folwarcznej. Kolejne dwa pokolenia przeżyte w kręgu Państwowych Gospodarstw Rolnych zabiły w nich wszelką nutę poezji, niezbędną dla dostrzegania w świecie rzeczy ważnych i ciekawych. Jak to jednak w życiu bywa w poszukiwaniach pomógł przypadek, a właściwie pies rasy foksterier. Wesołe zwierzątko pokryte sierścią w kolorze soli z pieprzem podbiegło do mnie i po krótkim obwąchiwaniu nogawek całym swym jestestwem dopraszało się zabawy. Gdy tylko rzuciłem mu patyk dostrzegłem w głębi parkowej alei dziewczynkę poruszającą się o kulach.

- To twój piesek, jak się wabi?
-Neron.
- Dość osobliwie jakby
- Czy ja wiem... mnie bardzo interesują czasy starożytne, a szczególnie Cesarstwo Rzymskie.
- Często tu przychodzisz?
- Prawie co dzień, jeśli tylko jest pogoda. Neron najbardziej lubi biegać po parku.
- To może widziałaś przypadkiem tą panią.
Pokazałem jej zdjęcie Weroniki.
- Była tu niedawno, kilka dni temu z jednym starszym panem. Prawie cały dzień chodzili po parku. Chyba czegoś szukali. Potem był ten wypadek...
- Jaki wypadek?!
- Samochód wpadł na drzewo. Ten pan był potem w szpitalu.
- A ona?!
- Jej nie było w samochodzie.
- Nie wiesz co się z nią stało..., gdzie się podziała?
- Widziałam jak razem wyjeżdżali, ale potem jej już nie było w samochodzie.
- Ciekaw jestem dokąd oni jechali.
- Do Drohiczyna.
- Skąd wiesz?
- Rozmawiali o tym, on mówił, ze trzeba szukać w Drohiczynie.
- Czego szukać
- Nie wiem czego
- A ona, a ta pani... co mówiła?
- Nic, chyba nic.
- Bardzo mi pomogłaś. Dziękuję. Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
- Nie, chyba nie.
- A co z twoimi nogami?
- To minie, już jest dużo lepiej.
- Trzymaj się. Dzięki.

Spis treści

8. Drohiczyn

Tego samego dnia wyruszyłem do Drohiczyna. Wydarzenia ostatnich tygodni dawały znać o sobie. Czułem się rozstrojony wewnętrznie. Cały mój dotychczasowy racjonalny świat walił się w gruzy. Z coraz większą ostrością dostrzegałem absurdalność swych poczynań. Uganiam się za kobietą, a może jakimś duchem, którego droga usłana jest pasmem dramatów. Zaniedbałem normalną pracę i wszystkie inne ważne sprawy. Od dwóch miesięcy pojawiam się w domu sporadycznie, a i wtedy jestem tam właściwie nieobecny. Wszystkie myśli krążą wokół tej przedziwnej zagadki, która jak wciąż wierzę musi mieć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Co jednak zrobię jeśli wreszcie ją spotkam?

Znając już skłonność Weroniki do miejsc tajemniczych i starożytnych, ruszyłem szlakiem miejscowych zabytków, w które zresztą Drohiczyn obfituje, jak mało który gród na Podlasiu.

Mamy w Polsce cztery miasta o tradycjach grodów koronacyjnych - pisze Paweł Jasienica - Pierwszym jest oczywiście Gniezno, a Kraków dopiero trzecim... Drugie miejsce zajmuje Drohiczyn nad Bugiem... Tu w 1253 roku, z rąk wysłannika papieskiego, otrzymał koronę Rusi książę Daniel Romanowicz, prawnuk Bolesława Krzywoustego.

Chociaż czasy dawnej potęgi miasto ma już za sobą, to jednak ślady wielkiej historii spotyka się tu na każdym kroku. Wędrując uliczkami 2,5-tysiącznego Drohiczyna, cofamy się w czasie, obcując co chwila z zabytkowymi budowlami.

Nad miastem dominuje Góra Zamkowa - dawne grodzisko, dziś najlepszy w okolicy punkt widokowy. Przy dobrej pogodzie, spoglądając na południe, dostrzeżemy pałac w Korczewie. Jak głosi legenda, pod Górą, w złotym grobie pochowany jest ostatni z wodzów jaćwieskich Kumata. W XIII wieku, gdy o ziemię drohiczyńską rywalizowały Ruś, Mazowsze i Litwa, Jaćwingowie zapuszczali się tu na tyle często, że zrodziło się przekonanie, iż Drohiczyn jest stolicą Jaćwieży. Ziemie te przeżywały także najazdy tatarskie i krzyżackie. Z biegiem dziejów Drohiczyn przechodził kolejno pod panowanie Litwy, Rusi, Austrii i wreszcie Polski. Złote czasy Podlasia Nadbużańskiego to wiek XV i XVI, przebiegał tędy wówczas "szlak królewski", łączący Wilno i Kraków oraz szlak wodny z Lwowa do Gdańska.

Ze szczytu Góry Zamkowej widzimy zakole Bugu z piaszczystymi wyspami i białe mury katedry - siedziby biskupiej oraz seminarium duchownego z XVII wieku. Katedra pod wezwaniem Świętej Trójcy jest jedną z czterech drohiczyńskich świątyń. Wszystkie mają charakter barokowy, a najciekawszą jest obecnie odbudowywany kościół i klasztor Sióstr Benedyktynek z XVIII wieku. Jest to zabytek klasy "0", o unikalnej elewacji, uważanej przez wielu historyków sztuki za jedną z najpiękniejszych w Europie.

Kolejną ciekawą budowlą w Drohiczynie jest zespół klasztorny Franciszkanów z okazałą wieżą i dzwonnicą. Późnobarokowa świątynia wyróżnia się bogato zdobionym wnętrzem. W zachodniej części miasta, przy ulicy Benedyktyńskiej stoi cerkiew prawosławna pod wezwaniem Świętego Mikołaja. W pochodzącej z 1826 roku świątyni zwraca uwagę bogaty ikonostas, a w szczególności ikona przedstawiającą Zesłanie Du- cha Świętego.

Wędrowałem uliczkami Drohiczyna, próbując ułożyć sobie w głowie wszystko, co do tej pory udało się ustalić.

Weronika znikneła w połowie lat osiemdziesiątych podczas odkopywania Skarbu Mateusza. Miała wtedy 21 lat.

Kilka miesięcy później wypadł z okna akademika Artur, który najprawdopodobniej skrycie się w niej kochał. Czyżby Artur wszedł w posiadanie feralnego kruka z rubinowymi oczami? Jacek twierdzi, że nic w Puszczy nie znaleźli. Wieloletnie poszukiwania Jacka nie dały rezultatów.

Milicja, w latach osiemdziesiątych, nic na temat Weroniki nie ustaliła.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w okresie niszczenia akt osobowych, prowadzonego zapewne w wielkim pośpiechu, papiery dotyczące sprawy zniknięcia dziewczyny wyparowały.

Weronika, jak twierdzi Jacek, nie kontaktowała się z nikim z rodziny czy znajomych.

Jacek zupełnie się rozsypał, a poszukiwanie ukochanej stało się jego obsesją, która z czasem odsunęła od niego przyjaciół i skazała na całkowitą samotność.

I nagle dziewczyna, a może jej sobowtór, pojawia się w R. Niemal 14 lat po swym tajemniczym zniknięciu. Kościelny traci dla niej głowę i próbuje popełnić samobójstwo.

W Tykocinie Weronika pojawia się na krótko, nie wiadomo gdzie mieszka i odjeżdża z najprawdopodobniej przygodnie poznanym warszawiakiem do Korczewa. Czegoś szukają w pałacowym parku. Wyjeżdżają razem. Dla kierowcy Alfy ta podróż okazuje się być ostatnią w życiu. Weronika ponownie rozpływa się w powietrzu. Jak udało mi się ustalić, w samochodzie nie znaleziono żadnych śladów pasażerki. Podobno jechali do Drohiczyna, lecz czy Ona tu dotarła?

Spędziłem w miasteczku niemal tydzień, rozpytując kogo się tylko dało. Kilka osób twierdziło, że widzieli kogoś podobnego do osoby ze zdjęcia, z którym od kilku tygodni się nie rozstawałem. Ludzie ci nie byli jednak zbyt przekonywający, a co najistotniejsze podawali zupełnie różne daty, w których rzekomo widzieli Weronikę. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań byłem wyczerpany i mocno zniechęcony. Postanowiłem odłożyć sprawę na jakiś czas i spróbować wrócić do normalnego życia.

Spis treści

9. Wenecja, Białowieża

Wytrwałem w postanowieniu prawie trzy dni. Trzeciego bowiem dnia od powrotu z Drohiczyna siedziałem w pociągu relacji Białystok- Warszawa w drodze do Jacka. Była połowa maja. Festiwal życia. Przed wizytą na ulicy Koszykowej wstąpiłem do Parku Łazienkowskiego, by, po wędrówce przez wypełnione hukiem i spalinami miasto, nieco podładować akumulatory i przemyśleć strategię rozmowy z Jackiem. Połowa maja to czas, gdy Łazienki prezentują się wyjątkowo pięknie. Graby, wierzby, klony, głogi i cała reszta drzew i krzewów stoją świeżą zielenią wiosennych liści. Ponad pięćdziesiąt gatunków ptaków wyśpiewuje od świtu do świtu miłosne trele. Miasta prawie nie słychać, a w dzień powszedni spacerowiczów jak na lekarstwo, co bardzo sprzyja spokojnym rozważaniom nad sprawami ważnymi, które dzieją się niejako obok normalnej koleiny czasu. Pałac Na Wodzie, Stara Pomarańczarnia, satyry i piękne nimfy przenoszą człowieka w czasy gdy słowa: pośpiech, biznes i inflacja nie spędzały ludziom snu z powiek.

Późnym popołudniem stanąłem przed drzwiami mieszkania Jacka. Im bardziej pukałem, tym bardziej nikt ich jednak nie otwierał. Gdy już zbierałem się do odwrotu, z mieszkania naprzeciwko wysunęła się głowa niewiasty w balzakowskim wieku, spowita w niezliczoną ilość papilotów.
- Pan do Jacka?
- Dzień dobry. Właśnie go szukam.
- A, to go pan nie zastanie. Kilka dni temu wyjechał. Zostawił nawet u mnie klucze.
- A kiedy wróci?
- No właśnie nie mówił. Ale chyba nieprędko.
- Może wie pani, gdzie go znajdę?
- A pan kto właściwie?
- Kolega.
- On nie ma kolegów. Nikt go nie odwiedza.
- Wiem. Ale ja go właśnie próbuję odwiedzić.
- Nie mówił, kiedy wróci i gdzie jedzie. On w ogóle nie gaduła jakiś.
- Mogę u pani zostawić list do Jacka?
- A co by pan nie mógł.

W liście streściłem Jackowi pokrótce wszystko, co udało mi się ostatnio ustalić i prosiłem o kontakt, gdy tylko pojawi się w mieście. Na odpowiedź przyszło mi poczekać ponad pięć miesięcy. W ciągu lata wracałem kilkakrotnie do sprawy Weroniki, a właściwie Skarbu Mateusza. Lektura mocno rozproszonych źródeł pozwoliła ustalić kilka nowych faktów. Wenecki kupiec Marcello Bikarani, którego podróż zakończyła się tragicznie gdzieś pomiędzy Białowieżą i Krynkami, około 1770 roku zmierzał z feralnym krukiem do Węgrowa. Nie byłoby w tym nic szczególnie frapującego, gdyby nie fakt, iż z tym właśnie miastem związał swój los najsłynniejszy z polskich magów Mistrz Twardowski. Tam zresztą do dziś można podziwiać słynne zwierciadło czarnoksiężnika, którego miał on użyć między innymi do wywołania ducha Barbary Radziwiłłówny. Z kolei pewien krakowski antykwariusz, jak dowiedziałem się od pana Henryka, jest w posiadaniu perskiego manuskryptu z XV wieku, który najprawdopodobniej wiąże się z tak zwanym fatum kruka. Próby skontaktowania się z antykwariuszem jak dotąd nie powiodły się, gdyż przebywa on od kilku tygodni w Syrii, penetrując tamtejsze biblioteki. Śledząc losy figurki, udało mi się stwierdzić, że nie wszystkim jej posiadaczom przynosiła ona śmierć i zniszczenie. Wygląda na to, iż we właściwych rękach talizman mógł obdarzać jego posiadaczy czymś wręcz przeciwnym. Jednym z pierwszych posiadaczy złotego kruka był wszak Timur lub inaczej Tamerlan, który dożył, jak na owe czasy, iście matuzalemowego wieku 69 lat, okrywając się chwałą jednego z największych władców XIV stulecia. Kolejnym, jak byśmy obecnie rzekli, człowiekiem sukcesu, który niewątpliwie był w posiadaniu tajemniczej figurki, i to przez długie lata, był Aleksander I Romanow. Car ten zdobył złotego kruka około roku 1800, a zmarł w 1825. Podczas swego 48-letniego życia, zdążył on nadać Polsce dość liberalną, jak na owe czasy, konstytucję, być inicjatorem Świętego Przymierza i przyłączyć do Rosji m.in.: Gruzję, Azerbejdżan i Finlandię. Wiele wskazywało na to, że istnieje jakiś szyfr, coś w rodzaju instrukcji obsługi, który pozwala używać tajemniczego klejnotu na własny pożytek.

Spis treści

10. Puszcza Borecka - żubry

Ze świecą szukać człowieka, który ze wszystkich miesięcy w roku najbardziej lubi listopad. Chłodny, wilgotny, a nierzadko mroźny miesiąc zamyka jesień, otwierając wrota zimowych dni i nocy. W końcu miesiąca, pomiędzy brzaskiem a zmierzchem upływa zaledwie osiem godzin. W listopadzie pojawiają się zazwyczaj pierwsze opady śniegu z deszczem, a nierzadko samego śniegu. W ciągu ostatnich kilku lat w tym okresie roku temperatura spadała nawet poniżej minus dwudziestu stopni, a srogi mróz trzymał niejednokrotnie do początków grudnia. Nie nastraja to nazbyt optymistycznie, krótkie dni, nagie drzewa i siąpiący z granatowego nieba deszcz, niewielu zachęcają do przebywania w plenerach.

Przyglądając się uważnie otaczającej nas przyrodzie, dostrzeżemy z łatwością, że listopad to nie tylko krople deszczu bębniące po parapetach czy znikające za horyzontem ostatnie stada gęsi, żurawi i szpaków.

Mimo słoty krajobraz ożywiają czerwone owoce: berberysów, irg, kalin, jarzębin czy kolczastych głogów, wabiąc pierwsze stada jemiołuszek przybywające do nas z głębi Rosji, aby przetrwać ciężkie zimowe dni. Dzikie bzy i niektóre gatunki irgi wciąż stoją czarnym owocem, który często utrzymuje się na pędach do mrozów. Białe owoce śnieguliczki, strzelające przy rozgniataniu, cieszą oko nawet podczas srogiej zimy, gdy świat na długie miesiące bierze rozbrat z barwą, eksperymentując z gamą wszelakich odcieni szarości. Szczególnie efektownie o tej porze roku przedstawiają się krwiste jagody cisa, kontrastujące z głęboką zielenią igieł tego pięknego, i niemalże wymarłego w Polsce, krzewu.

Rośliny kwiatowe zakończyły już wegetację. Są jednak wyjątki. Niskopienne astry o fioletowych kwiatach zdają się kpić z późnojesiennych wiatrów. Pospolite stokrotki przypominają nam o czasach letniej beztroski nawet podczas prawdziwie zimowych dni.

W początkach miesiąca odlatuje od nas jeden z pierwszych wiosennych śpiewaków - skowronek. Na polach i podmokłych łąkach można jeszcze spotkać spóźnione stada dzikich gęsi i żurawi, które zamarudziły w wędrówce ku skalistym wybrzeżom Morza Śródziemnego.

W początkach listopada przystąpiłem do przygotowania reportażu o żubrach zamieszkujących Puszczę Borecką. Las to szczególny i w całej rozciągłości zasługujący na swe puszczańskie imię. Krajobraz Puszczy obfituje w niewielkie jeziora, częściej penetrowane przez zwierzęta niż odwiedzane przez ludzi. Obszar ten zamieszkiwały niegdyś pruskie plemiona Galindów. W IV wieku powstały tu pierwsze warowne grody. Kolonizacja postępowała jednak powoli. Teren jest to bowiem trudny i w wielu miejscach podmokły. Puszcza Borecka rozciąga się obecnie pomiędzy jeziorem Mamry a Wzgórzami Szeskimi na Pojezierzu Ełckim. Czarne, sędziwe bory przeplatają się tu z dziedziną lasów liściastych i mieszanych, gdzie konary dębów, jesionów i grabów szczelnie oddzielają niebo od wypełnionego soczystymi owocami dna lasu. Boreckie knieje przemierzają jak przed wiekami wilki, rysie i borsuki, a także spore stado żubrów. Na brzegach rzek i jezior wciąż spotkać można silne watahy dzików buchtujące w poszukiwaniu pędraków, żołędzi i innych puszczańskich pożytków. Las tu głęboki, choć niezbyt rozległy. Można się w boreckiej dziedzinie nawet zagubić, bo i dróg niewiele i osady w sporym znajdują się od siebie oddaleniu. Żubry czują się w Puszczy niemalże jak w domu.

Dzień był jak z bajki. Sędziwe świerki gięły się pod ciężarem śnieżnej okiści. Dno lasu przykrywała puchowa kołderka niemalże niezaznaczona śladem wędrującego zwierza. Słońce wydobywało z lodowych kryształów blask po tysiąckroć większy niż światło wszystkich zgromadzonych ludzkim wysiłkiem diamentów. Radość życia zdawała się po brzegi wypełniać wszystkie zakątki tej pięknej krainy. Brnąłem w śnieżnym puchu, mozolnie, noga za nogą, po tropie jednego z kilku stad żubrów zamieszkujących ostępy Puszczy Boreckiej. Las nie skąpił uroków. Na skraju niewielkiej polanki natknąłem się na chmarę jeleni. Kilkaset metrów dalej zajrzałem w oczy sarny, by wkrótce przyglądać się grupie dzików buchtujących dno lasu w poszukiwaniu żołędzi. Mieszane stada ptasiej drobnicy wypełniały zimową puszczę koncertem na dzwonki, werble i inne instrumenty, jakich człowiek jeszcze nie skonstruował. Sielanka niemalże doskonała.

W koronach świerków, gnących się pod okapem śnieżnej okiści, uwijały się maleńkie mysikróliki, wypełniając Puszczę delikatnym dzwonieniem. Wokół głęboki śnieg i cisza, drzewa jakby zamarłe we śnie, zastygłe w bezruchu.

Zimową porą Puszcza Borecka jest podobna do księgi o czystych białych kartach, w które zostaną wpisane najdrobniejsze nawet zdarzenia: oto nocą przebiegł jeleń, dzik, a w ślad za nimi podążał wilk. Leśny dukt przecięły cztery żubry, najpierw krowa, młody byk i dwoje cieląt. Jastrząb porwał sójkę, na śniegu obok kilku kropli krwi pozostały pióra z charakterystycznym niebieskim lusterkiem. Oto epizody, zapisane karty zimowego pamiętnika - księgi żywota Puszczy.

Na skraju Sarniego Wygonu ujrzałem pierwszego żubra, młody, może trzyletni byk, czochrał się o pień potężnego jesionu. Nieco dalej, za zasłoną kępy świerków, grupa żubrzyc z cielętami wygrzebuje żołędzie pod osłoną wiekowego dębu. Zamarłem w bezruchu, podziwiając leśne olbrzymy z odległości kilkudziesięciu metrów. Z młodnika wyskoczyło stado jeleni: popatrzyły, posłuchały i pomaszerowały gęsiego ku rzece.

Powoli, krok za krokiem wycofałem się, aby nie zakłócać spokoju prawowitych władców Puszczy - żubrów. List od Jacka odnalazł mnie w odległej od uczęszczanych szlaków leśniczówce, położonej w południowej części boreckich ostępów.

Z tekstu wynikało, że Jacek wkrótce po naszej ostatniej rozmowie wyruszył na własne poszukiwania Weroniki. W Drohiczynie odnalazł jej ślad. Trochę mnie to ubodło. Tam właśnie, pomimo niemalże tygodniowych poszukiwań, mnie się to nie udało. Jacek ustalił, że dziewczyna przebywała w tym mieście zaledwie dwa lub trzy dni i wyjechała do wielce zresztą urokliwego Mielnika, by po bardzo krótkim pobycie ruszyć w kierunku Wizny. W tym miejscu trop ponownie się urwał. Co jednak najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że Jacek dotarł do tego samego krakowskiego antykwariusza, który mógł być w posiadaniu manuskryptu dotyczącego rytuału pozwalającego spożytkować na własną korzyść tajemnicze moce talizmanu. Jak wynikało z listu, antykwariusz na dniach miał powrócić do kraju z wyprawy do Syrii.

Tym razem postanowiłem się nie gorączkować. Odpisałem na list tego samego dnia, proponując spotkanie w Krakowie 14 listopada. Dokończyłem reportaż i spokojnie wróciłem do domu. Miałem jeszcze trzy dni. Czas ten wykorzystałem na ponowne przejrzenie źródeł w kilku bibliotekach, poszukiwania w internecie i spotkanie z panem Henrykiem, którego nie odwiedzałem od kilku miesięcy. Sędziwy antykwariusz dał mi na odchodnym ostrzeżenie, świadczące o tym, że wie o sprawie fatum kruka więcej niż dotychczas mogłem przypuszczać.

Spis treści

11. Kraków, manuskrypt Al.-khairama

Kawa w "Wierzynku" okazała się być równie doskonała jak cała reszta tej, bodaj najstarszej w Krakowie, restauracji. Delektowałem się antycznym wnętrzem, dyskretnie sączącą się muzyką i świadomością wszystkich znakomitości, które sadzały swoje zacne cztery litery na otaczających mnie krzesłach, spoglądając jednak coraz bardziej nerwowo na zegarek. Jacek spóźniał się już niemal 20 minut. Zaczynałem się już obawiać, że wcale się nie pojawi, gdy ukazał się w głębi korytarza. W pierwszej chwili jednak go nie poznałem. Sprężystym krokiem zmierzał w stronę stolika ktoś tylko w zasadniczych rysach przypominający mężczyznę poznanego w Warszawie przy ulicy Koszykowej. Wyglądał co najmniej dziesięć lat młodziej. Oczy błyszczały mu jak u młodziana zmierzającego, no może nie na pierwszą, lecz niewątpliwie obiecującą randkę. Człowiek najwyraźniej powrócił do świata żywych. Zanim doszedł do stolika, przechwycił kelnera i coś zamówił.

- Przepraszam za spóźnienie, ale nie marnowałem czasu. Za niecałą godzinę jesteśmy umówieni z panem Leopoldem.
- Jak mniemam pan Leopold to ta sama osoba, jaką znam pod imieniem Bartłomiej Szumski, nasz antykwariusz?
- Nie inaczej

Wyfraczony kelner, z zadziwiającą jak na krajowe warunki zwinnością, postawił na naszym stoliku dwie kawy i dwa koniaki. Trunek był przedni, miał chyba nie mniej gwiazdek, niż liczba władców, którzy koronowali się na Wawelu.

- Skoro już tak sobie tu siedzimy i popijamy te wszystkie znakomitości, to może powiesz mi wreszcie co naprawdę wykopaliście wtedy w Babiej?
- Początek znasz. Skrzynia była naprawdę pusta. Nie wiem kto się wcześniej do niej dobrał. Fakt faktem, że zamki były wyważone. Po zniknięciu Weroniki urządziliśmy małą, ale burzliwą naradę. Byliśmy przerażeni. Już wtedy wiedziałem co nieco na temat fatum kruka. To jednak była tylko jedna strona medalu. Baliśmy się też władzy oraz konsekwencji całej sprawy na uczelni. Gdyby wyszły na jaw nasze wykopaliska, nie skończyłoby się na wydaleniu z uczelni. Krótko mówiąc, następnego dnia rano wróciliśmy do lasu zatrzeć ślady, a milicji opowiedzieliśmy historię tylko w zarysie zbliżoną do rzeczywistości. Zresztą oni by i tak tego nie pojęli.

W duchu przyznałem mu rację. Sprawa ta mocno przekraczała wyobraźnię i horyzonty funkcjonariuszy.

- W tamtych czasach za te wykopaliska groził kryminał. Po przesłuchaniu pojechaliśmy do Warszawy. Wróciłem do Puszczy po dwóch dniach, gdy okazało się, że Weronika nigdzie w mieście się nie pokazała. Szukałem jej wszędzie, bez większej zresztą nadziei na sukces. Już wtedy przeczuwałem, że sprawa mocno wykracza poza znany świat racjonalno-materialny. I tak, dalej były dość chaotyczne poszukiwania. Później pokręciło mi się całe życie. Artur wyskoczył z okna akademika niemal na moich oczach.
- A co z Kusym?
- Poczekaj, najpierw dokończę ci o Arturze. Nie wiem tego na sto procent, ale jak wszystko złożyłem do kupy to wychodzi, że on wrócił... działał, rzekłbym, na własna rękę... tej nocy poprzedzającej odkopanie skrzyni. Wtedy tęgo żeśmy popili. Musiał wrócić na polanę i odkopać skrzynię z krukiem. Nie mogło być inaczej. Może zresztą rąbnął i zawartość większej skrzyni. Zawsze był pazerny i nie lubił się dzielić. Tego jednak nie wiem na pewno. Może większą skrzynię ktoś wybebeszył wcześniej.

Stąd zniknięcie Weroniki i jego gwałtowne zejście. To całkiem logiczne.
- No dobrze, a co się stało z krukiem?
- Myślę, a właściwie jestem niemal pewny, że Kusy ma kruka i manuskrypt, bo żyje się bydlakowi jak temu cesarzowi co miał klawe życie.
- To co tu jeszcze robimy? Odszukajmy Kusego zabierzmy mu kruka i manuskrypt.
- Jest kilka małych ale. A konkretnie, co najmniej dwa. Po pierwsze Kusy to teraz ważna persona, do której byle ja czy ty się nie zbliży. Po drugie są chyba dwa manuskrypty. Jeden mówi jak używać talizmanu, żeby żyć przyjemnie, a drugi co zrobić, żeby odkręcić cała sprawę. Po ten drugi manuskrypt przyjechaliśmy do Krakowa, o ile oczywiście Leopold go ma.
- Czas się zwijać. Z moich obliczeń wynika, że za piętnaście minut mamy spotkanie.
- To tylko pięć minut od rynku.

Spotkanie z panem Leopoldem miało być kolejnym zaskoczeniem tego deszczowego dnia. Spodziewałem się bowiem sędziwego starca w wyplamionym garniturze, kogoś w stylu pana Henryka z Warszawy. Drzwi otworzył nam wysoki, lekko siwiejący mężczyzna lat około 45, o przenikliwym spojrzeniu stalowo-szarych oczu. Przywitał nas lekkim skinieniem głowy i poprowadził wysokim korytarzem obwieszonym starojapońskimi grafikami. Był to długi korytarz. Mieszkanie musiało mieć chyba ze dwieście metrów kwadratowych. Salon, do którego ostatecznie dotarliśmy, urządzony był w stylu dynastii Ming. Chyba w całym Zakazanym Mieście nie mają tylu bibelotów i obrazów, które zgromadzono w tym czterdziestoparometrowym pokoju. Prawdziwe muzeum, a może bardziej skład antyków, tak czy siak, takiej kolekcji moje oczy nie miały szczęścia do tej pory oglądać.

- Szukacie manuskryptu Al.-khairama?
- Nie inaczej - ponownie zabrzmiał głos Jacka.
- Mam to, czego szukacie. Tak się jednak składa, że zdobycie go kosztowało mnie wiele trudu i pieniędzy.
- Manuskrypt jest nam niepotrzebny. Chcemy tylko go przeczytać... może moglibyśmy zrobić kopię? - wypaliłem bez zastanowienia.
- To nie jest czytelnia. Jak wspomniałem to kosztowna rzecz.
- Nie jesteśmy bogaczami - znów mnie poniosło.
- Mów za siebie - warknął Jacek. - Chcę ten manuskrypt i zapłacę.
- Taka rozmowa bardziej mi się podoba.
Zrozumiałem, że nasz dostojny gospodarz, pomimo całej elegancji i przepychu, który go otacza, jest zwykłym handlarzem. Postanowiłem więcej się nie odzywać.
- Ile? - spytał Jacek.
Tu padła kwota jak dla mnie astronomiczna.
- Zapłacę połowę za skopiowanie dokumentu.
- Dobrze.
Gospodarz oddalił się na dobrych kilka chwil, by powrócić ze sporym rulonem papirusu przewiązanego zwykłą zieloną tasiemką.
- Najpierw płacimy, potem patrzymy.

Jacek wyjął z marynarki znaczny zwitek banknotów. Odliczył żądaną kwotę i mocno odchudzony rulon schował w to samo miejsce.

Papirus wyglądał na bardzo stary. Pożółkły, po bokach sczerniały papier szczelnie wypełniały arabskie litery. U góry znajdowała się niewielka szkicowa mapka. W lewym dolnym rogu dostrzegłem malowidło przedstawiające jakiegoś demona. Z paszczy potwora wystawały długie, ostre kły, puste oczodoły biły blaskiem czerwonych promieni.

Jacek rozłożył manuskrypt na dużym stole i zaczął fotografować.

Spis treści

12. Kusy i jego ladacznice

Do Warszawy wyruszyliśmy wygodnym wagonem pociągu InterCity. Przez pierwszą godzinę podróży nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Mieliśmy instrukcję, nie mieliśmy jednak kruka.

- Kusy mieszka teraz w Aninie, pod Warszawą - zaczął Jacek. - Ekskluzywna dzielnica, nie ma tam jeszcze pudli, ani pedałów. Ma gość chatę ze strażnikami, alarmami i dobermanami. Trochę się zmienił od czasu studiów. Jest z niego straszny bufon. Pławi się w forsie i w ogóle nie podchodź. Nie wiem za bardzo czym zajmuje się na co dzień. Na ile go jednak znam nie przestał grzebać w ziemi. A oficjalnie jakiś handel import-export, czy coś w tym guście. Ale to tylko fasada. Myślę, że on w ogóle nie musi pracować. Urządza regularnie balangi, gdzie biały proszek przesypują szuflami. Imprezy trwają po kilka dni. Niby luz max, ale wbrew pozorom towarzystwo jest starannie prześwietlane. Lubi się u niego bawić pewien dość zamożny segment warszawki. Kusego polubić to zresztą spora sztuka. Wystarczy, że imprezki nie są, jak to dawniej bywało, składkowe. Na darmowe chlanie i wciąganie zawsze jest sporo sępów, więc można wybrzydzać. Kusy woli tych o długich palcach, pociągłych twarzach i najlepiej z fajnymi herbami. Nie znaczy to, że jego lubią. Jest jednak czujny, zawsze zresztą był, coś jak dzikie zwierzę w klatce albo w ogóle dzikie zwierzę. Wiesz co chcę powiedzieć, znasz się na dzikich stworach. Ma jednak słaby punkt. Gustuje w dziwkach i lubi je często zmieniać. One są dla Kusego jak narkotyk. Urządza orgie i nigdy nie ma dość. Obraca po kilka panienek na raz. Musi je ciągle zmieniać, bo błyskawicznie się nudzą. Kupuje sobie nawet dmuchane lale. To chyba nasza jedyna szansa. Dziwki znaczy.
- Sądzisz, że trzyma kruka w domu?
- Raczej nie. Nigdy nie miał zaufania do budynków, sejfów, a szczególnie do ludzi. Jeśli przez jego chatę przewalają się tabuny dziwek, to niemal pewne, że kruk mieszka gdzieś całkiem indziej.
- W takim razie pozostaje tylko podstawienie mu jakiejś super laski... jakiejś Maty Hari, czy kogoś w tym rodzaju.
- Też mi to biega po głowie. Wypadłem jednak z kursu dzieła. Moje kontakty z kobietami ograniczają się ostatnio do przygłuchej sąsiadki i dozorczyni z wąsami, która z przedziwną precyzją pojawia się około dwudziestego by zbierać opłaty za coś tam.
-Kontakty z kobietami niekiedy przynoszą rozczarowania. Dajmy na to mój kolega naukowiec z krwi i kości, który poświęcił nie mało nocy badaniom sów przeżył ostatnio zabawną historię.

Był mroźny marcowy poranek w Puszczy Kampinoskiej. Wschodzące słońce maluje na złoto i srebrno pokryty szadzią podmokły smug. Bagienna łąka to część rozległej doliny rzeki Łasicy, ostoi bobrów, dzików i żurawi. Brzegiem mszaru, pod stuletnim mieszanym borem, wije się wyboisty dukt. Malowniczą drogą, z wysiłkiem, noga za nogą wędruje lekko przygarbiona kobieta w nieokreślonym wieku. Niewiasta w chustce na głowie i wełnianym płaszczu do kolan z wysiłkiem dźwiga dwie pasiaste torby jakich wiele widuje się na polskich bazarach.

Wąską leśną dróżką, pogrążoną jeszcze w mroku nocy, sprężystym krokiem maszeruje Piotr - młody biolog, przedstawiający swoją osobą dość osobliwy widok. Po obu stronach niewielkiej głowy młodzieńca sterczą ogromnych rozmiarów papierowe uszy koloru szarego. Z jego plecaka w regularnych odstępach czasu pohukuje sowa. Reszta postaci przedstawia się dość zwyczajnie. Ciężkie trapery, zielonkawe wyplamione spodnie kurtka zbliżonej barwy, lornetka zwisająca na skórzanym pasku oraz okulary w drucianej oprawie dopełniają obrazu młodego badacza tajników natury. Piotr wynurza się z boru w promieniach wschodzącego słońca wprost na zajętą swoimi myślami niewiastę. Wielkie papierowe uszy młodego biologa falują w podmuchach lekkiego wschodniego wietrzyku. Głuche uderzenie toreb o zamarzniętą ziemię zlewa się w jedno z przeraźliwym okrzykiem '' Ludzie.. ratunku,.. zboczeniec,''.

W ułamku sekundy kobiecina puszcza się niezłym sprintem w stronę majaczącej na horyzoncie niewielkiej chaty. Piotr krzyczy za nią aby się zatrzymała, i w tej samej chwili z plecaka ponownie drze się sowa. Kobieta wrzuca czwarty bieg i zaczyna sadzić wielkimi susami niczym szalony zając lub spłoszona sarna. Piotr w jakimś atawistycznym odruchu rzuca się za nią w pogoń. Pomimo sporej różnicy wieku dystans pomiędzy gonioną a goniącym nie zmniejsza się. Pędzą tak razem w promieniach wschodzącego słońca krzycząc coś od czasu do czasu. Wielkie papierowe uszy podklejone szarym bristolem niebezpiecznie przesuwają się na tył głowy Piotra grożąc w każdej chwili oderwaniem i rozpoczęciem własnego życia w formie latawca. Sowa z plecaka drze się jak opętana. Kobiecina zbliżywszy się znacznie do krytej eternitem chaty rezonuje coraz głośniej. Wiatr i pęd nie pozwalają jednak rozróżnić słów. Piotr co chwila nawołuje do zatrzymania się i próbuje uspokajać rozhisteryzowaną babę. Przy furtce niewielkiego kwiatowego ogródka pojawia się facet w kufajce i zimowych walonkach. Ocena sytuacji zajmuje mu nie więcej niż dwie chwile. Mężczyzna szybkim truchtem rusza do oddalonego o kilka kroków ganku, coś chwyta i nie zwlekając rusza w sukurs niewiaście zbrojny w jak się okazuje motykę. Piotr dostrzega niebezpieczne narzędzie w prawicy nieulękłego obrońcy napastowanych kobiet i po krótkiej ocenie sytuacji wykonuje zwrot o 180 stopni. Role się odwracają. Goniący staje się zwierzyną. Mężczyzna w kufajce, choć ciężko obuty pędzi jak wiatr po polu. Z jego ust co i rusz dobywają się słowa wielce nie cenzuralne skierowane bez wątpienia pod adresem umykającego biologa. Piotr czując , że słabnie rzuca się prosto w las. To go ratuje. Prześladowca rezygnuje z dalszej pogoni. Na odchodnym puszcza jeszcze niezłą wiąchę w obojętne na ludzkie swary sosny, świerki brzozy i licznie porastające skraj boru jałowce. Jedyną odpowiedzią na niewybredne zniewagi są przeraźliwe wrzaski sowy dobywające się ze starego piotrowego plecaka.

W Warszawie wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, by po małej godzinie przebijania się przez miasto stanąć przed bramą rezydencji Kusego. Określenie rezydencja ze wszech miar pasowało do tego, co ukazało się naszym oczom za ponad dwumetrowym ogrodzeniem. Działka, jak na tę podwarszawską dzielnicę, przedstawiała się nader okazale. Była wielka jak pole golfowe. Nad całością górowała willa mocno rozwinięta na boki, bez wieżyczek, krużganków i krasnali. Kremowa elewacja, dość ciekawa architektura budynku oraz starannie wypielęgnowane klomby sprawiały całkiem sympatyczne wrażenie. Pod przeciwległym do bramy płotem, ku mojemu zdziwieniu, dostrzegłem niewielką szklarenkę. Czyżby Kusy-Casanowa w przerwach pomiędzy orgiami pielęgnował róże? Zanim rozważyłem ten dylemat logiczny, przy bramie pojawiło się dwóch dobrze ubranych, krótko ostrzyżonych, z pytaniem malującym się na starannie wygolonych twarzach.


- Proszę powiedzieć, że przyszedł Jacek - rzekł Jacek.
- Jacek, jaki Jacek? - spytał ten wyższy.
- Jacek Jacek - rzekł Jacek.
- Niech będzie Jacek.

Masywna brama uchyliła się bezgłośnie, wywołując jednocześnie z niebytu kolejnego eleganta z dobermanem na smyczy. Pies nie sprawiał wrażenia największego przyjaciela człowieka. Ruszyliśmy dziarskim krokiem wprost ku masywnym drzwiom willi. W momencie, gdy stawiałem stopę na pierwszym stopniu szerokich schodów prowadzących do wejścia, drzwi jakby same z siebie otworzyły się na oścież. W progu stał mężczyzna lat około 35. Ciemne włosy, śniada cera, krępa budowa ciała, lecz nie grubasek, no i wzrost ma się rozumieć poniżej średniego. Pseudonim najwyraźniej odnosił się wprost do tej właśnie cechy naszego gospodarza.

- Kogóż to moje piękne oczy widzą? Jacuś.. Myślałem, że kwiatki wąchasz od dołu. Proszę, proszę w me niskie progi. Pana jednak nie miałem przyjemności poznać. Zaprezentuj Jacku, druhu serdeczny.
- Kolega to jest, poszukuje rzeczy zagubionych.
- O, bratnia dusza, tym bardziej zapraszam. Bałagan, rozumiecie sami, brak kobiecej ręki. Wybaczycie mam nadzieję.

Hol był jak pół stodoły. Marmur, rokoko, arrasy, kryształowe żyrandole, ogólnie rzecz biorąc dość obrzydliwe bogactwo. Całość jednak była nieźle skomponowana i nie przytłaczała prostacką ostentacją. Na najniższym stopniu kręconych schodów z różowego marmuru siedziała dziewczyna wielkiej urody. Nogi kończyły jej się pod sama brodą. Oczy wielkie jak u sarny przysłaniały rzęsy, o jakich reszta kobiecego rodu może tylko pomarzyć. Cera w kolorze kawy z mlekiem świadczyła dobitnie, iż zjawisko nie zaliczało się do rasy nordyckiej. Szliśmy i szliśmy przez ten hall, a ona ani na chwilę nie przestała oglądać swoich paznokci. Nawet na ułamek sekundy nie podniosła rzęs, by sprawdzić kto my. Pokój, a właściwie sala pozostawała w wielkim kontraście do rokokowego preludium. Pierwsza myśl: cela mnicha - tyle, że mnicha giganta, coś w sam raz na 160 centymetrów Kusego. Cela z kominkiem monstrualnych rozmiarów, stalowym stołem i takimiż krzesłami oraz biurkiem wyciosanym z jednego bloku bazaltu. Dopełnieniem tego niezwykłego wnętrza było kilka obrobionych polnych kamieni ustawionych w półkole przy trzymetrowym palenisku.

- Dzieje się - zagaił Jacek.
- Uczciwą pracą ludzie się bogacą, czym was przyjaciele uraczyć?
- Dobre pytanie - rzekł posępnie Jacek.
- Coś mi się widzi, że nie jest to przyjacielska wizyta po latach.
- A to już zależy...
- Od?
- Od ciebie Kusy.
- Cóż ma skromna osoba może uczynić dla szczęścia i pomyślności waszej?
- Pomóż nam odnaleźć Weronikę. Szukamy jej, dość intensywnie - rzekł Jacek.

Na mgnienie oka twarz Kusego wykrzywiła się w strasznym grymasie. Błyskawicznie powrócił jednak do błazeńskiej pozy.
- A co ja mogę. Nie widziałem Weroniki jakieś, przypomnij mi... kiedy to było...
- Wiesz kiedy. Dobrze wiesz.
- Może i bym sobie przypomniał, ale po co, to już prehistoria. Kilkanaście lat, przemiany ustrojowe, mur w Berlinie zburzono, komunizm się przeżył, nie ma nawet Kraju Rad, prehistoryczne czasy Jacusiu.
- I o kruku też pewnie nic nie wiesz?
- Jakim kruku?
- To spadamy, bo nam ostatni autobus ucieknie.
- Spokojnie, dziś zabawa... będą fajne dziewczyny i inne takie...
Jacek odwrócił się bez słowa. Ruszyliśmy do wyjścia. Kusy rzucił przez zamykające się za nami drzwi:
- Wpadnijcie kiedyś chłopaki, tylko zadzwońcie wcześniej, żebym w domu był.

Na podjeździe do budynku stał dżip monstrualnych rozmiarów. Jakiś taki amerykański off road. Jacek zatrzymał się na moment przy samochodzie, przyklęknął i zawiązał sobie nie rozwiązane sznurowadło.

Przy bramie spotkaliśmy tych samych elegantów i faceta, który wyprowadzał na spacer dobermana. Żaden się jednak nie ruszył w stronę kiosku z guzikiem od bramy i telefonu.
Czekamy.

Minęło kilka chwil, o kilka za wiele. Jacek nie wytrzymał.
- Otwierać ... na co czekacie?!
Elegant uśmiechnął się blado.
- Spokojnie panie Jacku, zaraz panowie wyjdą, a zresztą jest do pana telefon. Jacek bez słowa odebrał od draba słuchawkę. Po chwili wyszliśmy.
- Znasz jakieś Budy nad Biebrzą?
- Znam.
- On mówi, że tam być może znajdziemy Weronikę.

Spis treści

13. Duchy Biebrzy

Następnego dnia z samego rana wynajęliśmy samochód i białostocką szosą ruszyliśmy w kierunku Biebrzy. Wydarzenia ostatnich dni mocno mnie znieczuliły na całą resztę świata, która nie wiązała się ze zniknięciem Weroniki i niemalże przeoczyłem nadejście pierwszego w tym roku prawdziwie zimowego miesiąca. Była trzecia dekada grudnia 1999 roku.

Trzy dni przed Wigilią będzie zimowe przesilenie. Dawniej wierzono, że tej właśnie nocy siły nieczyste mają największa moc. Czarownice zbierają się na swoje sabaty. Diabły bezkarnie mogą wodzić człowieka na pokuszenie. Strzygi, utopce, wilkołaki i konopielki uzyskują tej nocy nad ludźmi wyjątkową władzę. Pocieszające jest jednak to, że po zimowym przesileniu zaczyna dnia przybywać i powoli, powoli zaczynamy zbliżać się do wiosny. Dawniej, w czasach, gdy klimat jeszcze nie oszalał, grudzień był zdecydowanie miesiącem czarno-białym. Gruba warstwa śniegu przykrywała dywan jesiennych liści, a pnie i nagie gałęzie drzew nadawały obrazowi miesiąca ciemnego kontrastu. W ostatnich latach ze śniegiem bywało różnie, a tak, z ręką na sercu mówiąc, to w grudniu najczęściej go na nizinach prawie nie ma lub też pojawia się i znika. Koloryt grudnia, oprócz nagich drzew liściastych, tworzą jednak drzewa i krzewy szpilkowe. Ciemna zieleń igieł sosny, świerka czy jałowca wprowadza więc do obrazów natury trzecią ważną barwę. Nie wszystkie szpilkowe drzewa raczą nas jednak w grudniu zielenią. Modrzewie ubierają się późną jesienią w złoto, a następnie zrzucają szpilki i z nagimi gałęziami oczekują wiosennych roztopów.

Chociaż grudzień nie rozpieszcza barwą, to wciąż spotkać można czerwone owoce na niektórych krzewach berberysu i pomarańczowe na gałązkach rokitnika. Początek zimy często zaskakuje dęby i graby, które czekają ze zrzuceniem ostatnich jesiennych liści do pierwszych śnieżnych nawałnic. W początkach miesiąca obficie sypią się nasiona olch, grabów, klonów i jesionów, przyprószając śnieg ciemnym nalotem. Pod owocującymi drzewami zbierają się różne gatunki leśnych i łąkowych gryzoni, aby w ciężki zimowy czas korzystać z tego pożywnego pokarmu. W ślad za żerującymi gryzoniami w pobliże drzew przybywają śnieżnobiałe gronostaje, łasice i cała rzesza drapieżnych ptaków...

Biebrza to w zasadzie tylko rzeka, prawy dopływ Narwi. Biebrza to jednak coś jeszcze, coś co łatwiej przeżyć niż opisać. Jak bowiem zamknąć w słowach pustkę torfowisk, nocne toki dubeltów, gulgotanie cietrzewi w szronie marcowego świtu. Jak namalować słowami wędrujące, pod szerokim po horyzont podlaskim niebem, łosie. Jak opisać ciszę niezmąconą żadnym obcym dźwiękiem? Jakie słowa oddadzą lekkość ruchu smukłej pychówki zręcznie prowadzonej przez człowieka, który jest tu od zawsze, jak kamień, jak zakole rzeki, jak brązowy bekas? Trudne to zadanie. Najtrudniej jednak chyba opisać Biebrzę zimą. Jaka ona jest zimą? Przeróżna bywa w swej zastygłej monotonii. Raz jak świeżo wykrochmalone prześcieradło rodu olbrzymów, a innym razem jak paleta malarza, co świat w odcieniach brązów, żółci i bieli postrzega. Gdy wiatry nadciągną z północy Biebrza jest jak Bałtyk w sztormowy wieczór. Nie ma wtedy traw, nie ma drzew, bo wszystko znika, aby chmury stały się Biebrzą, a Biebrza chmurami... Zimą tutejsze pustkowia najchętniej odsłaniają swą duszę, co jednak nie znaczy, że można ją dostrzec. Jest w niej posmak skórki dobrze wypieczonego chleba, jest zapach bez woni i pieśń bez dźwięku, jest poezja bez słów.

W ten nieprzyjazny człowiekowi czas najłatwiej Biebrzę zapełniają duchy, co nie dzwonią łańcuchami, nie zwodzą w topiel, duchy, co są w tej krainie, bo nie mogą nigdzie indziej być. Jest także w mroźne noce pieśń wilka, co tylko głupiec opisać ją próbował będzie. Jest tu szelest ponowy śnieżnej, co w podmuchach wiatru jak pałeczka Jankiela gra pieśń zimową na lodowej warstewce śniegowych cymbałów. Jest zimą niekiedy ptak drapieżny, co szuka na pustkowiu innego stworzenia. A człowiek, czy człowiek jest też tam zimą? Nie ma człowieka. Czasem jakiś zbłąkany wędrowiec, czasem miejscowy co musiał od chaty swej odejść. Człowieka tam nie ma. Co człowiek mógłby robić w miejscu tak dzikim? Patrzeć na co, słuchać czego? Nawet łoś, najbardziej biebrzański mieszkaniec tego kraju, zimą chowa się w lasach olszowych, co okalają rzeczne moczary. Może więc wilk dziki? Jego tam też nie ma, lecz w niektóre noce jest tam pieśń wilka, pieśń, co w klatce słów naszych nigdy nie zamieszka.

Spis treści

14. Bagna Biebrzy

Jedziemy carską szosą z Laskowca na północ. Po obu stronach drogi bagna po horyzont. Tutaj, na południowym basenie Biebrza jest najszersza. Dolina rzeki rozciąga się na przestrzeni kilkunastu kilometrów. Monotonny i dziki krajobraz urozmaicają jedynie pojedyncze brzozy. W ostatnich latach drzew przybywa. To wynik osuszania terenu. Pomimo powołania do życia Biebrzańskiego Parku Narodowego kanały melioracyjne wciąż pracują, przyspieszając spływ wiosennych wód do głównego koryta rzeki. Południowy basen Biebrzy nadal jednak pozostaje największym i najdzikszym bagnem Europy.

Carska szosa wzięła nazwę od Cara Mikołaja I, który nakazał jej budowę. Przy tym, jak byśmy dziś powiedzieli, projekcie wielu ludzi oddało duszę niebu, a może tym moczarom, co wydają się być niezmienne od setek, tysięcy lat.

Dojeżdżamy do osady Dobarz. Kilka chat, które stoją tu chyba od zawsze i przystanek PKS-u. Za wioską drogowskaz wskazuje skręt na Budy. Wyboista leśna droga prowadzi niewielkim wąwozem. Już tylko górka, liche sosenki i widzę drewniane chaty. Pierwsza należy do kogoś z Białegostoku. Przeważnie stoi pusta. Druga, maleńka, kryta strzechą jest od kilku lat opuszczona. Należy do Marka, przyrodnika, mieszkańca bagien, postaci malowniczej i wielce ekscentrycznej. Jeszcze kilka zim i będzie po chacie. Dawniej mieszkali tu często studenci biologii z Warszawy. Kolejne domostwo, starannie odremontowane, to baza pani Wierzbickiej, autorki filmów przyrodniczych. Za "Wierzbicką", camping z tabliczką informującą, że myśliwi nie są tu mile widziani. Jest studnia, prysznic z beczką, myśliwych ani nikogo innego ani śladu. Następna działka należy do Krzysztofa Kawenczyńskiego. Przyjechał tu z Warszawy dziesięć lat temu w poszukiwaniu spokoju i odosobnienia. Został. Jest jedynym stałym mieszkańcem Bud. Dawniej, w mieście, był antykwariuszem. Pasja zbieracza nigdy go nie opuściła. Dom zamienił w muzeum. Mieszka wśród starych książek, obrazów i etnograficznych zbiorów.

Na podwórku wita mnie Krzysztof w otoczeniu nieodłącznego stada psów i kotów. Razem czternaście wiecznie głodnych zwierzaków. Jest też kilka kur i para dwudziestoletnich gęsi. W zagrodzie tarpany: Lambada i Niwar. Konie szczęściarze - nie wiedzą co to praca. Zanim zasiądziemy przy herbacie, zwierzyniec trzeba nakarmić. Przy parujących miskach zgodnie tłoczą się psy, koty, kury.

Królem Biebrzy ochrzcił Kawenczyńskiego podlaski artysta malarz Piotr Orzechowski. Pewnego zimowego wieczora namalował na ścianie portret gospodarza i podpisał: "Król Biebrzy nie zamalować". I tak zostało. Po serdecznym powitaniu zasiadamy przy surowym drewnianym stole, na którym parują trzy wielkie kubki dobrej herbaty. Bez zbędnych ceregieli kładę na stole zdjęcie Weroniki.


- Była u ciebie?
- Pierwszy raz widzę. Piękna kobieta zresztą.
- Wygląda na to, że Kusy wysłał nas na drzewo. Innych Bud tu nie ma.
- Właściwie spodziewałem się tego - rzekł Jacek - Miejsce jednak piękne. Warto było tłuc się ponad sto kilometrów.
- Czemu to zrobił?
- Jak to czemu. On wie, że wiemy... i, że będziemy szukać.
- Kłamał. Też to widziałem... Myślisz, że gra na zwłokę, że chce przenieść kruka w inne miejsce?
- Na to właśnie liczę, na jakiś błąd. W domu go nie trzyma. Musi więc ruszyć się ze swojej nory i pokazać nam to miejsce.
- I co z tego. My tu, a on gdziekolwiek.
- O co właściwie się rozchodzi? - wtrącił się do rozmowy, zwykle małomówny Krzysiek.

Wyjaśniłem mu pokrótce w czym rzecz. Jacek dość często mitygował mnie jednak wzrokiem. Najwyraźniej z każdą chwilą przybywało mu tej tajemniczej energii życiowej, którą Niemcy określają jako tatendrang.

- I z czego mamy się cieszyć - zwróciłem się wreszcie do Jacka?
- Jesteś lekko zacofany w kwestii techniki, panie żurnalisto. Założyłem Kusemu pluskwę w dżipie. W tej oto niewielkiej walizeczce, którą trzymam sobie pod stołem jest odbiornik, który informuje nas, gdzie nasz przyjaciel się przemieszcza.
- I co mówi nam technika XXI wieku?
- Mówi, że Kusy siedzi jeszcze z dziwkami.
- Albo przemieszcza się innym autem.
- Wszystko możliwe - Jacek z lekka posmutniał i jakby spuścił z tonu.
- No to czekamy.

Czekaliśmy, nie tracąc jednak czasu. Rozmowy krążyły wokół spraw biebrzańskich. Sylwetki łosi, orłów bielików, wilków przewijały się niespiesznie przez drewniane królestwo Krzysztofa. Od czasu do czasu zaglądaliśmy jednak do walizeczki. Dochodziła 3:30 rano, gdy malutki kursor na ekranie odbiornika ruszył się w prawo.
-Ruszył- rzekł Jacek, zaczynając majstrować przy tajemniczym urządzeniu. Z wielkim zdziwieniem dostrzegłem, że coś, co wyglądało na rozpłaszczony przez walec telewizor zawiera w swej pamięci szczegółowe mapy Polski, a kto wie, może i całego świata. Głupio mi było jednak pytać o te techniczne sprawy. Zrobiłem mądrą minę i patrzyłem to na przesuwający się kursor, to na elektroniczną mapę.

- Jedzie prosto na Białystok. Kierunek Puszcza Knyszyńska. Rzecz prawie pewna, a w każdym razie wielce prawdopodobna. Chyba musimy się powoli zwijać. Dzięki Krzysiu za gościnę.

Spis treści

15. Puszcza Knyszyńska

Na dworze zaczynało z lekka szarzeć. Gwiazdy powoli roztapiały się w blednącym niebie, a księżyc całkiem ukrył się za ścianą lasu. Zapowiadał się pochmurny dzień. Lanos, wypożyczony przez Jacka w Warszawie, pomimo sporego mrozu odpalił bez kapryszenia. Ruszyliśmy prosto w kierunku carskiej szosy, kierując się na północ, w stronę Goniądza. Na skrzyżowaniu z drogą Ełk-Białystok skręciliśmy na południowy wschód. Ze wskazań monitora wynikało, że Kusy jest w okolicach Ostrowi Mazowieckiej. Mieliśmy więc nad nim sporą przewagę, zakładając, że zmierza prosto do Puszczy Knyszyńskiej rozciągającej się na wschód i północ od Białegostoku. Postanowiliśmy zaczekać na niego na skrzyżowaniu szosy ełckiej z szosą warszawską. Po około 30 minutach dotarliśmy, niemal pustą drogą, do miejsca gdzie wkrótce miał ukazać się dżip Kusego.

- Masz jakiś konkretny plan? - spytałem, gdy dotarliśmy do skrzyżowania dróg.
- Plan jest prosty. Pojedziemy za nim. Poczekamy aż odkopie kruka i zabierzemy talizman. Odnajdziemy Weronikę. Pojedziemy tam, gdzie trzeba i odprawimy rytuał. Weronika wróci do świata żywych, a Kusy tam gdzie jego miejsce - do piekła.
- Niby proste. A jeśli Kusy przyjedzie ze swoimi gorylami?
- Nie przyjedzie. On nikomu nie ufa.
- Im chyba jednak musi.
- Jeśli masz rację, to będziemy improwizować. Kilka minut po piątej potwór drogowy Kusego minął naszą czatownię. Odczekaliśmy kilka minut, by ruszyć za samochodem, a właściwie za sygnałem na monitorze z walizeczki Jacka. Kusy jechał prosto na wschód, wjechał na obwodnicę Białegostoku i na drogę do Supraśla. Przyspieszyliśmy, by nie zgubić go w lesie. Po kilkunastu minutach sygnał radiowy przestał wędrować po monitorze. Wkrótce jednak odnaleźliśmy dżipa. Stał zaparkowany w osadzie Krasne, leżącej pomiędzy Ogrodniczkami a Supraślem.

- Co robimy?
- Czekamy... wróci przecież do samochodu, nie?
- Raczej nie będzie wracał piechotą. Nurtuje mnie tylko kwestia czy wróci sam?
- Nie bój żaby, wróci sam, byłeś tu wcześniej?
- Owszem, nie raz. Te stawy mają dość specyficzny klimat. Znałem to miejsce z wypraw na ptaki, jest z nim zresztą związana pewna ponura historia...
- Opowiedz i tak nie mamy nic do roboty.

Spis treści

165. Wyspa na jeziorze Komosa

- Na jeziorze Komosa, którego nie widzimy bo jest ciemno, lecz wierz mi, iż znajduje się ono jakieś 500 metrów od drogi, istnieje niewielka zarośnięta wysepka. Dostępu do jej wnętrza broni gąszcz głogów i tarniny.

W dawnych czasach żył w okolicy pewien stelmach, którego nazywano Rudobrodym. Był on człowiekiem pracowitym i z czasem dorobił się ładnego domu otoczonego sadem oraz sporego kawałka ziemi.

Byłby najpewniej całkiem zadowolony z życia, gdyby nie wielka nieśmiałość do płci nadobnej.Ta właśnie przypadłość powodowała, że mimo upływu lat wciąż wiódł on samotny żywot. Rudobrody miał brata, hulakę i lekkoducha o imieniu Zbyszko. Zbyszko lubił wino, kobiety i śpiew, a niewiasty lubiły jego wesołe towarzystwo. Pewnej wiosny Rudobrody ujrzał nad brzegiem jeziora Komosa pannę przecudnej urody i zakochał się w niej bez pamięci. Wrodzona nieśmiałość nie pozwalała mu jednak oświadczyć się dziewczynie, chociaż bardzo pragnął pojąć ją za żonę. Tej samej wiosny Zbyszko spotkał Helenę, bo tak właśnie miała ona na imię, na pohulance w Supraślu. Młodzi bardzo przypadli sobie do gustu i wkrótce zostali kochankami. Zbyszko pragnął nawet poślubić dziewczynę i ustatkować się, lecz nie posiadał żadnego majątku. Ojciec dziewczyny nie chciał słyszeć o ślubie z golcem, więc kochankowie spotykali się potajemnie. Na miejsce schadzek wybrali sobie górkę porośniętą brzeziną nad samym brzegiem jeziora Komosa. Rudobrody, cierpiąc piekielne katusze, zaczajał się wieczorami w pobliżu i podglądał kochanków. Im dłużej to trwało, tym większa złość i nienawiść wzbierała w sercu nieśmiałego brata. Przeżywał męki niespełnionej miłości i czuł jak wewnętrzny ogień trawi go od środka. Pewnej wrześniowej nocy, podglądając zakochaną parę zrozumiał, że tylko śmierć może położyć kres jego cierpieniom. Z początku chciał zabić samego siebie. Kupił sznur konopny i wybrał solidne drzewo w pobliżu jeziora. Gdy jednak przyszło do wprowadzenia zamiaru w czyn, Rudobrody wystraszył się mąk piekielnych, jakie czekają samobójcow i postanowił zgładzić swego brata, a następnie zdobyć Helenę.

Następnej nocy zaczaił się w pobliżu miejsca schadzek i czekał aż brat się pojawi.

Nad wyspą wstał księżyc, gdy z pobliskiego boru dobiegły pierwsze nawoływania młodych puszczyków. Rudobrody czuł jak koszula przykleja mu się do pleców, a palce drętwieją pod ciężarem wielkiego kamienia, którym postanowił zgładzić swego brata. Gdy zamilkły sowy, do uszu stelmacha dobiegł szelest zbliżających się w ciemności kroków. W momencie gdy postać zbliżyła się do drzewa, za którym się ukrywał, wyskoczył na ścieżkę, rycząc jak zwierz i bez chwili namysłu uderzył. Trzask pękającej czaszki przeszył leśną ciszę. Rudobrody po raz pierwszy od owego feralnego wiosennego wieczoru, gdy pierwszy raz ujrzał Helenę, poczuł ulgę. I wtedy właśnie światło księżyca oświetliło leżącą postać. W bladej poświacie leżała Helena. Co było dalej wiedzą tylko leśne drzewa. Rudobrodego nikt więcej w okolicy nie widział.

Ludzie jednak powiadają, że w sierpniowe noce przy pełni księżyca, z wyspy na jeziorze Komosa dobiegają dziwne odgłosy. Czasami słychać płacz, a innym razem rozdzierający krzyk.

- Całe szczęście mamy noc grudniową, chociaż z drugiej strony mógłby nastraszyć Kusego, który gdzieś tu ryje w ziemi.
- Chyba już nie ryje, ktoś zbliża się od strony jeziora.

Z ciemności wynurzyły się cztery postaci. Podeszli do samochodu i otworzyli drzwi. W żółtawym świetle bijącym z wnętrza dżipa dojrzeliśmy Kusego i trzech ochroniarzy. Z dwoma z nich, mieliśmy już doczynienia przy bramie willi w Aninie. Nie sprawiali wrażenia ułomków. Trzeci facet przerastał ich jednak o głowę, a Kusego chyba o trzy. Olbrzym, wybryk natury, jakiś współczesny Wyrwidąb, czy może Waligóra.
- Nasze szanse na odebranie kruka, tu i teraz, oceniam jako marne.
- Skąd on wytrzasnął tego cudaka?
- Nie wiem, ale cudak nie sprawia wrażenia osoby, która chętnie odda to czego ma pilnować. Masz Jacek jakiś plan B?
- Spróbujmy pojechać za nimi, może zdarzy się cud.

Odczekaliśmy kilka minut. Jacek wyjął walizeczkę, włączył ponownie monitor i zaklął brzydko.
- Coś się popsuło, cholerna technika.

W kieszeni marynarki zadzwonił telefon. Nie wiedziałem, że Jacek ma komórkę. Odebrał, słuchał bez słowa i wkrótce się rozłączył.
- To był Kusy. Wie, że go śledziliśmy. Wie właściwie wszystko. Mówi, że kruka nie odda, ale na Weronice mu nie zależy. Jeśli chcemy ją znaleźć, powinniśmy być w barze w Zabłudowie, 21 grudnia, tam rozpoznamy jakiegoś faceta i on ma nam coś powiedzieć.
- Raz wysłał nas już nad Biebrzę...
- Masz lepszy pomysł?
- Chwilowo nie.

Spis treści

17. Upiorne miejsce

Dotarliśmy do Zabłudowa późnym popołudniem 21 grudnia. Nastroje w zespole małym, lecz wciąż jednak zgranym trudno byłoby zaliczyć do szampańskich. Był to jeden z tych dni, gdy myśl bez udziału woli wędruje ku sprawom ostatecznym. Gruba pokrywa granatowych chmur szczelnie wypełniała nieboskłon. O zmierzchu zaczęło wiać. Najpierw wiatr wprawił w drżenie brązowe i złote liście, wkrótce potrząsnął cieńszymi gałązkami, by wkrótce giąć grube konary i ganiać tabuny mokrych liści.

Skierowaliśmy się wprost do baru. Po otwarciu metalowych drzwi wbiliśmy się w chmurę kwaśnego tytoniowego dymu. Faceci, ich kufajki, walonki oraz barmanka w szarawym fartuchu majaczyli jak zjawy w gęstych oparach. Przez moment wszystkie spojrzenia skierowały się w naszą stronę, by wkrótce powrócić na dawne miejsca. Zamówiliśmy dwa kuflowe, by po chwili zasiąść przy metalowym stoliku pamiętającym z pewnością stan wojenny. Piwo było świeże i zimne, co wprawiło nas w lepszy nastrój. Zaczęliśmy dyskretnie rozglądać się po sali. Pod ścianą, przy sąsiednim stoliku niemalże jednocześnie wyłowiliśmy z tłumu podobnych do siebie postaci mężczyznę o twarzy wskazującej na wielkie trudy w wieloletnim borykaniu się z egzystencją. Coś w nim było takiego, co skupiało uwagę, coś magnetycznego. Nie minęło czasu wiele i zawarliśmy znajomość. Rozmowa przy kufelku toczyła się wokół spraw puszczańskich. Wacław, jak się okazało, był emerytowanym leśnikiem, a Puszcza i jej zwierzyna były całym jego życiem. Po trzecim piwie rozgadał się, jakby od dawna nie miał sposobności z nikim rozmawiać. Kiedy wspomniałem o wsi Kondycja, leżącej w środku puszczy i składającej się z jednego domu, w pamięci sędziwego leśnika odżyła pewna stara i prawie zapomniana historia.

Było to dawno temu, w czasach, gdy gościńcami wędrowali rycerze w zbrojach, a w knyszyńskich matecznikach mieszkały niedźwiedzie i rosomaki. W samym środku Puszczy, nad rzeką Słoją osiadł wraz z rodziną niejaki Wojciech - syn Stelmacha. Gospodarstwo składało się z niemal 30 mórg żyznej gleby. W skład majątku wchodziły soczyste łąki i spory kawałek ornej ziemi położony pod samym lasem. Wojciech był człowiekiem pracowitym i silnym. Rok po roku przybywało majętności w zamkniętym na solidne kowalskie zamki świrunku. Dzieci rosły, a wraz z nimi rosła gospodarka. Gospodarz zarobione pieniądze lokował w ziemię, dokupując po kawałku od mniej zaradnych sąsiadów. Z czasem był posiadaczem niemal dwukrotnie większego kawałka pola niż w dniu, w którym osiadł nad Słoją. Ulubioną rozrywką Wojciecha było siadywanie na niewielkim pagórku pod lasem i podziwianie swojej majętności. Po kilkunastu latach odkupił od sąsiadów wszystkie okoliczne pola i uchodził za miejscowego bogacza. Poczułby się jak pan na włościach, gdyby nie jeden mały problem. Problem nazywał się Marcin, pochodził z kowalskiej rodziny i był jego ostatnim sąsiadem. Syn Stelmacha kusił i prosił, nalegał, a nawet straszył, lecz nic nie pomagało. Marcin nie zamierzał rozstać się ze swoją gospodarką. Wojciech chodził jak struty, wychudł, sczerniał, lecz bynajmniej nie wyszlachetniał. Jego serce przepełniała coraz większa nienawiść, a w głowie co i raz rodziły się mordercze myśli. Syn kowala jednak nie był kiep, ani ułomek, a do tego miał przy boku czterech dorodnych synów. Pewnego grudniowego wieczoru Wojciech wybrał się na obchód swoich włości. Z przyzwyczajenia zaszedł na górkę pod lasem. Zasiadł na kamieniu i zatopił się w czarnych myślach. Im dłużej myślał, tym bardziej nie mógł znaleźć wyjścia z sytuacji. Już miał zbierać się do chaty, gdy niemal same wypłynęły mu z ust słowa "Duszę bym diabłu sprzedał, byle się hada pozbyć". Zapachniało siarką i w obłoku dymu ukazał się Boruta. - Wołałeś mnie, więc jestem - powiedział z przymilnym uśmiechem i natychmiast wyciągnął zza pazuchy gotowy cyrograf spisany na świńskiej skórze. Wojciech śmiertelnie się wystraszył i próbował zmykać do chaty. Nogi jednak odmówiły posłuszeństwa. Stał jak słup soli i słuchał pięknych słówek, którymi karmił go Zły. A diabeł miał w tym względzie niemałą ekspiriencję. Kusił, namawiał, mamił. Skołowany chłop złamał się wreszcie i podpisał cyrograf własną krwią. Diabeł obiecał, że najdalej za dwie niedziele zgładzi sąsiada wraz z całą rodziną, a jego ziemia przypadnie Wojciechowi. Po kilku dniach nad okolicę nadciągnęło morowe powietrze.

Wielu zaniemogło. Zaraza nie ominęła i pięknych łąk nad Słoją. Zgodnie z daną obietnicą Marcin wraz z rodziną ciężko zachorował i po kilku dniach oddał ducha w męczarniach. Kostucha nie zapomniała także o żonie oraz synach nieszczęśnika. Diabeł jednak okazał się nieco nadgorliwy, bo i cała rodzina Wojciecha zapadła na straszną chorobę i wkrótce dołączyła do innych, którzy za sprawą morowego powietrza pomarli, zamieniając piękną okolicę w miejsce posępne i odludne. Syn Stelmacha pozostał sam jak palec nad rzeką. W promieniu 10 wiorst nie było oprócz niego ani jednej żywej duszy. Historia milczy o dalszych losach chciwego chłopa. Po jego chacie wkrótce nie pozostał kamień na kamieniu. A on sam zmarł z rozpaczy, nie opuściwszy przeklętej ziemi. Ciało jego rozszarpały z pewnością dzikie zwierzęta, a nie pochowane kości walały się jeszcze długo po zakończeniu marnego żywota. Od tamtych czasów wielu próbowało osiąść na słojskich łąkach w okolicy dzisiejszej Kondycji. Wszyscy jednak w popłochu opuszczali to miejsce, nawet nie kończąc budowy domu. Jak bowiem wiadomo, nad rzeką wciąż pokutuje duch Wojciecha. W wietrzne i deszczowe noce, a szczególnie w czasie zimowego przesilenia, ukazuje się on ludziom w tabunie śniegu okryty czarnymi krostami. Niekiedy niespokojny duch wyje przeraźliwie i miota straszliwe przekleństwa na Borutę.

Gdy wreszcie skończył swoją dość długą opowieść, Jacek bez ceregieli podsunął leśnikowi zdjęcie Weroniki.

- Widział ją pan? - spytał, patrząc Wacławowi prosto w oczy?

I tu stało się coś dziwnego... Wacław poderwał się od stolika w wielkim gniewie.

- Ty dziku, niemyty, kiedy nauczysz się słuchać i nie przerywać, gdy starsi mówią!!!

Po tej dość zaskakującej tyradzie Wacław opuścił bar z zadziwiającą, jak na swoje lata, prędkością. Przez chwilę siedzieliśmy bez ruchu lekko skonfudowani osobliwym zachowaniem sędziwego leśnika, by wkrótce opuścić ten osobliwy przybytek i wpaść prosto w ramiona chłodnej grudniowej nocy. Tuman liści odprowadził nas na początek szlaku wiodącego do Kondycji.

Nie minęło nawet pół godziny, gdy z granatowego nieba na przemian zaczął padać to deszcz, to śnieg. Z Zabłudowa do Kondycji jest około 12 kilometrów. Mieliśmy przed sobą dwie i pół godziny marszu spokojnym krokiem. Nie zwlekając, zanurzyliśmy się w czarny las. Snop światła latarki omiatał nieprzeniknioną ścianę puszczy, szczelnie porastającą skraj leśnego duktu. Silny zachodni wiatr dawał koncert bez partytury na świerki, sosny, dęby, z akcentami w formie pękających suchych gałęzi. Ochłodziło się nieco i z nieba zaczął padać ni to grad, ni to śnieg. Purpurowy księżyc pojawiał się na moment, aby po chwili zniknąć za gęstą kołdrą burzowych chmur. Od Lipowego Mostu dzieliło nas niecałe dwa kilometry, gdy przez gościniec przeskoczyło niewielkie stado dzików. Zwierzęta były wyraźnie spłoszone i nawet nas nie dostrzegły. Przy samej drodze zajęczało pękające drzewo. Rozważając co lub kto mógł spłoszyć dzikie świnie, dobrnęliśmy do Lipowego Mostu. Mimo wczesnej pory wioska wyglądała na niemal wymarłą. Tylko w kilku chatach okna rozświetlało żółte światło świec. Wiatr musiał zerwać linię lub uszkodzić podstację. Ani jeden pies nie zaszczekał, gdy przecinaliśmy przyprószoną śniegową kaszą wioskę. Na mostku zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Księżyc ukazał się na dłuższą chwilę, wypełniając jasną drogę, dachy chat i łąki czerwonawą poświatą. Podmokłe łąki nad Słoją jeszcze nie całkiem zamarzły. Zasugerowałem drogę przez las. Jacek nie wyrzekł słowa, podążając za mną. Wiatr nieco osłabł i z nieba sypnęło prawdziwym śniegiem. Ciężkie płatki puchu wirowały wszędzie, jakby wahając się, w którym miejscu mają ostatecznie zakończyć swoją wędrówkę. Zbliżała się 23:30, gdy dotarliśmy do mostku na Słoi. Byliśmy w Kondycji. Pozostało nam tylko czekać na rozwój wydarzeń. Z opisu pana Wacława wynikało, że tu właśnie rozciągały się włości chciwego Wojciecha. Zapaliłem papierosa. Jacek spoglądał nieobecnym wzrokiem w kierunku łąk. Miałem wrażenie, że po ostatnich niepowodzeniach ponownie zaczynał zamykać się w swojej skorupie, którą miałem okazję poznać kilka miesięcy temu w Warszawie. Czekamy. Mijają minuty. Gdy już zacząłem tracić nadzieję na spotkanie z czymkolwiek na tym odludziu, w głębi drogi biegnącej w stronę Kondycji zamajaczyła jakaś postać. Ciemna sylwetka powoli zbliżała się w stronę mostku. Zrobiło mi się jakoś dziwnie, ale co było robić. Czekamy w milczeniu. Po chwili dał się słyszeć wyraźny odgłos stąpania po piaszczystym podłożu. Człowiek. Gdy postać zbliżyła się na kilka kroków zaświeciłem latarką w jego stronę. Oniemiałem. Dwa kroki przede mną stał pan Wacław, emerytowany leśnik. Zamurowało mnie. Prędzej spodziewałem się spotkać na tym pustkowiu ducha, niż właśnie jego. Stary mężczyzna popatrzył na mnie, uśmiechnął się i rzekł:

- "Co, jednak przyszliście?"

Nie wiedziałem co odpowiedzieć i pomyślałem, że poczęstuję go papierosem. Gdy okazało się, że paczka jest pusta, schyliłem się do plecaka, który stał przy barierce mostku. Wyprostowałem się z zapieczętowaną jeszcze paczką i stwierdziłem, że jesteśmy z Jackiem na mostku sami.

- Gdzie on jest?
- Nie wiem. Rozpłynął się w ciemnościach.
- Jak to rozpłynął się?
- Nie mam pojęcia. Był i po chwili po prostu zniknął.

Nie zwlekając, ruszyliśmy w kierunku szosy na Bobrowniki. Całą drogę powrotną miałem wrażenie jakby ktoś nam towarzyszył, nikogo jednak nie było widać ani słychać.
- Dwa zero. Kolejny raz Kusy nas przerobił.
- Na to wychodzi.
- To się jeszcze okaże.

Kilka dni później powróciłem do Zabłudowa, aby odszukać starego leśnika. Wypytywałem o Wacława w barze i pod sklepem spożywczym, będącym stałą czatownią miejscowych piwoszy, nikt jednak o nim nie słyszał. Zrezygnowałem już niemal z dalszych poszukiwań, gdy pod sklepem pojawił się starszy mężczyzna w ciężkim kożuchu do ziemi.
-- "Znałem go, pewno że znałem - powiedział - tyle, że Wacław nie żyje już od sześciu lat..."

Spis treści

18. Poszukiwacze skarbów - Bursztynowa Komnata

Ponowne spotkanie z Jackiem było bolesnym doświadczeniem. Facet zaszył się w norze przy ulicy Koszykowej. W Jackowej jaskini królowała firma Polmos oraz porozrzucane bezładnie dzieła dawno nieżyjących pisarzy. Prawdę powiedziawszy, zastałem go w stanie kompletnego upadku fizycznego i moralnego. Z braku lepszych pomysłów zapytałem:

- Jacku powiedz mi tak szczerze, z czego ty właściwie żyjesz?
- Chcesz wiedzieć, czy tylko pytasz?
- Chcę wiedzieć.
- Słyszałeś o poszukiwaczach skarbów?
- Trochę.
- To posłuchaj.
- Święty Wawrzyniec jest patronem poszukiwaczy skarbów. Nie wiem dlaczego, ale przypuszczam, że ma to coś wspólnego z dyskrecją. Poszukiwanie rzeczy poważnych, jakimi są niewątpliwie skarby, to nie zajęcie dla ludzi, którzy mówią co wiedzą, lecz raczej dla tych, którzy wiedzą co mówią. Pikanterii całej sytuacji dodaje bardzo restrykcyjne polskie prawo odnoszące się do wszelakich co cenniejszych znalezisk. Nie wdając się w zbytnie niuanse, należy zaznaczyć, że wszystko co spoczywa w ziemi jest własnością państwa, czyli najznakomitszych przedstawicieli Narodu. W praktyce sprowadza się to do tego, że jeśli jakiś poszukiwacz skarbów, po latach wysiłków, wygrzebie coś cennego i nie zgłosi tego faktu odnośnym władzom, to biada mu! Jeśli zaś taki fakt zgłosi, otrzyma nagrodę, jeśli oczywiście budżet to wytrzyma. Nie będzie to jednak nagroda adekwatna do materialnej wartości znaleziska. System ten wywodzi się wprost z niedawno minionej epoki realnego socjalizmu, lecz mimo pewnych przemian z powodzeniem towarzyszy nam do dziś.

Któż nie oglądał z zapartym tchem filmów o przygodach Indiany Jonesa lub nie czytał przynajmniej książek o perypetiach Pana Samochodzika. Walki, przygody, czarne charaktery, pościgi samochodowe i nie tylko, oto piękny, barwny, lecz zgoła nieprawdziwy obraz życia poszukiwacza skarbów. W tym miejscu należy oddać honor panu Zbigniewowi Nienackiemu, który to jednak mniej dał się ponieść konfabulacji, niż amerykański reżyser. W naszym rodzimym wydaniu mogą to być ewentualnie przygody, lecz raczej z wymiarem sprawiedliwości lub rozgniewanym nieprzewidzianą "orką" rolnikiem. Gros czasu spędza się w bibliotekach, w sieci, na giełdach staroci i innych miejscach, gdzie można dotrzeć do jakiś ciekawych informacji. Każda wyprawa w teren jest poprzedzona mnóstwem godzin przygotowań.

Bywają jednak i jaśniejsze chwile w życiu tak pełnym intelektualnych przygód. Jest także praca w terenie. Świeże powietrze i poprawa kondycji fizycznej to także codzienna strawa poszukiwacza rzeczy zagrzebanych w ziemi. Zajęcie to uczy przy okazji orientacji w terenie oraz pracy z mapą. Poszukiwacz starożytności, choćby i tych z okresu II wojny światowej, musi wędrować i to wędrować niekiedy setki kilometrów, by odnaleźć rzecz godną uwagi. A co właściwie można odkryć w Polsce leżącej z dala od szlaków hiszpańskich galeonów wypełnionych po burty prekolumbijskim złotem, Polsce odległej od utartych szlaków kupców weneckich? Jest kilka rzeczy, które rozpalają wyobraźnię każdego, kto zetknął się z tymi sprawami - jak choćby Bursztynowa Komnata. Dam tobie lekki rys historyczny całej sprawy.

Był rok 1716. Król Prus, Ferdynand I, pragnąc pozyskać przyjaźń potężniejszego władcy - cara Rosji, Piotra Wielkiego, wysyła, zapakowaną w kilkanaście skrzyń Bursztynową Komnatę do Petersburga. Bursztynowe arcydzieło, zajmujące powierzchnię ponad 50 metrów kwadratowych odbywa swoją pierwszą, lecz nie ostatnią drogę. Najpierw po falach Bałtyku, później lądem, by ostatecznie dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Car jednak nie ma sposobności nacieszyć się hojnym darem. Mijają lata i Katarzyna I staje się beneficjentką skarbu. Słynna caryca zleca wzbogacenie Komnaty o 24 kryształowe płaszczyzny oraz inne drogocenne elementy. Bursztynowe cudo spoczywa w Carskim Siole - letniej rezydencji władców Rosji. Przez blisko 200 lat ani wojny, ani nawet rewolucja nie czynią uszczerbku w darze Fryderyka. Przychodzi największa zawierucha XX wieku. Bursztynowa Komnata pada łupem Wehrmachtu. Po spakowaniu w skrzynie skarb przewieziono do Królewca. Tam zdobycz wojenna zostaje poddana renowacji. Przychodzi czas klęski pod Stalingradem i ofensywy aliantów. Niemcy i ich sojusznicy zaczynają tracić grunt pod nogami. W obliczu nieuniknionej klęski skarb ponownie spakowano w skrzynie i... tu reszta jest milczeniem. Dzisiejsza wartość Bursztynowej Komnaty jest szacowana na kilkaset milionów dolarów. Od wielu lat skarb rozpala namiętnoś