Symbol: Białowieża 5, Wycieczka sezonowa: od połowy lutego do końca września
Puszcza nocą kojarzy się przeciętnemu mieszkańcowi miasta z czymś groźnym i tajemniczym. Tak na prawdę jednak nocny las jest przede wszystkim piękny.
W księżycowe noce Puszcza dostarcza doskonałej okazji do bliskich spotkań z jej naturalnymi mieszkańcami
W okresie godowym, który trwa od wiosny nawet do jesieni, niektóre z naszych sów łatwo jest zwabić używając, odtwarzanego z magnetofonu, śpiewu innego samca.
Metoda ta pozwala na bliskie spotkanie z sowami a nawet wykonanie zdjęć ptaków zarówno w locie jak i siedzących z odległości od kilku do kilkunastu metrów.
Sowy oglądamy a nawet fotografujemy z dróg leśnych lub skrajów polan.
W trakcie wycieczki oprócz sów spotykamy różne gatunki nietoperzy a niejednokrotnie jelenie, sarny, a nawet borsuki
Wielkość grupy: od jednej do kilkunastu osób.
Czas trwania wycieczki: 2.5-3.0 godzin
Koszt wynajęcia przewodnika: 150 PLN/grupę
Podczas jednej z ostatnich wypraw...
Mały czerwony budzik powiadomił mnie, że jest już 4.30 i czas wyruszać do Puszczy. Noc była wyjątkowo ciepła jak na połowę października. Rogalik księżyca rzucał wątłe światło na szeleszczącą zwiędłymi liśćmi leśną trybę. Od uroczyska Kosy Most leżącego w północnej części Puszczy Białowieskiej dzieliło mnie półtorej godziny marszu. Na miejscu postanowiłem być przed świtem w nadziei spotkania żubrów, których świeże ślady widziałem nad Narewką poprzedniego dnia. Wędrując w niemal kompletnych ciemnościach zastanawiałem się, z której strony podejść stado, aby pozostać niezauważonym, gdy w oddali zamajaczyły tory starej kolejki leśnej z czasów I wojny światowej. Od skrzyżowania duktu z wąskotorówką do mostku jest tylko kilkanaście minut marszu. Zwolniłem, starając się stąpać możliwie najciszej, gdy z lewej strony dobiegł mnie głośny trzask łamanych gałęzi. Przystanąłem starając się odgadnąć, czyje racice odciskają się właśnie w miękkiej, leśnej glebie. Po chwili trzaski powtórzyły się nieco bliżej drogi, 10, może 15 m od miejsca, w którym się zatrzymałem. Cisza. Przyglądamy się sobie, tyle, że ja nic nie widzę, a zwierz ma mnie na żwirowej drodze jak na patelni. Postanawiam iść dalej straciwszy nadzieję, że właściciel kopyt zechce wyjść z gęstwiny i mi się przedstawić. Zbliżając się do celu rozważałem: żubr to czy jeleń oglądał mnie z głębi ciemności, a może to jakiś wyjątkowo duży odyniec narobił tyle hałasu? Zachowanie zwierzęcia i miejsce spotkania wskazywało raczej na żubra, który w liczbie ponad 300 byków, krów i żubrząt niepodzielnie włada białowieską knieją. Gdy dotarłem wreszcie do Kosego Mostu, niebo na wschodzie zaczęło lekko blednąć, rozjaśniając bagienne łąki, na których siedziały krzaczaste wierzby przycupnięte jak wiedźmy. Cisza, że w uszach dzwoni ani ptak, ani inny zwierz, ani nawet wiatr nie mają odwagi zmącić tej magicznej chwili, gdy noc ustępuje przed dniem. Stoję zamarły w oczekiwaniu na świt, zastanawiając się, jaki dźwięk otworzy poranny koncert na łąkach, gdy z lewej strony dobiega mnie głośne chrupanie. Znam dobrze ten odgłos. Bóbr ogryza z kory gałązkę. Te wielkie, dorastające do 30 kg gryzonie mają tu swój matecznik. Po obu stronach rzeczki charakterystycznie podcięte pnie olch i dębów, wygniecione ciężkimi ogonami ścieżki i sterty pociętych gałęzi przypominają, że bobry objęły ten skrawek puszczy w posiadanie.
Gdy wytężałem wzrok starając się dostrzec ucztującego bobra, z pobliskiej dąbrowy dały się słyszeć liczne odgłosy łamanych gałązek. W tym samym momencie z trzeszczącego kruszonym posuszem dębniaka na wąską ścieżkę świńskim truchtem wytoczył się dzik. Czarny zwierz, na oko ze 120 kg, zakręcił młynka, fuknął i tyle go było widać. Wieść o intruzie musiała natychmiast dotrzeć do stada, które pochrząkując niespiesznie oddaliło się w głąb starego lasu. Dzień coraz bardziej obejmował w posiadanie świat. Cienie skracały się, rozpływając stopniowo w bladej poświacie. Ruszyłem w kierunku rozległej dzikiej łąki, która wczoraj gościła, co najmniej kilka żubrów. Przystanąłem na skraju wierzbowych zarośli. W okularach starego NRD-owskiego zeissa o wyjątkowo jasnych szkłach zaczęły przewijać się dobrze znane obrazy: parująca poranną mgłą wstęga Narewki, płat trzcin, kępy turzyc i wysoka poszarpana ściana mieszanego lasu. Pusto, żubrów ani śladu. Z kępy wierzb ostrzegawczo zaskrzeczała sójka, spłoszone stado raniuszków poderwało się z wiekowego grabu. Te niewielkie, wdzięczne ptaszki wyglądają jak kłębki waty, do których matka natura przytwierdziła cienkie i długie ogonki oraz miniaturowe dzióbki. W koronie starego świerka nawołują się mysikróliki. Te najmniejsze europejskie ptaki ważą znacznie mniej niż pudełko zapałek. Dla porównania orzeł bielik dorasta nawet do 6 kg, a rozstaw jego skrzydeł wynosi ponad 2,5 m.
Nagle zza pleców słyszę jednosylabowy, niskotonowy gwizd. W pierwszej chwili pamięć zawodzi, nie mam pojęcia, co za zwierzak oznajmia swoje przybycie. Wędrując wzrokiem w stronę źródła dźwięcznego głosu, w koronie uschniętej olszy dostrzegam charakterystyczną sylwetkę sowy. Określenie tego ptaka sową przywodzi skojarzenie czegoś przynajmniej średnich rozmiarów. To jednak jest sowa mikrus, prawdziwy liliput sowiego rodu. Ten sprawny drapieżnik, postrach sikor, mysikrólików i innego ptasiego drobiazgu jest, bowiem niewiele większy od wróbla.